Grożą dzwony Baileya58, dłużnikowi przyleję!

— Nie pamiętam, jak to dalej idzie, ale przypominam sobie końcówkę: To jest świeca, która świeci smutnie, oto tasak, co ci głowę utnie. Zupełnie jak hasło i odzew. Ale po „Baileyu” na pewno był jeszcze jeden wers. Może dałoby się go wydobyć z pamięci pana Charringtona, gdyby go odpowiednio zachęcić.

— Kto cię tego nauczył? — zapytał.

— Dziadek. Recytował mi ten wierszyk, kiedy byłam dzieckiem. Ewaporowano go, gdy miałam osiem lat, a w każdym razie wtedy przepadł. Ciekawe, co to cytryny — dodała, zmieniając temat. — Pomarańcze widziałam. To takie okrągłe, ciemnożółte owoce z grubą skórką.

— Pamiętam cytryny — powiedział Winston. — W latach pięćdziesiątych było ich pod dostatkiem. Były tak kwaśne, że zęby bolały od samego patrzenia.

— Założę się, że za tym obrazkiem jest pełno robactwa — powiedziała Julia. — Któregoś dnia zdejmę go i zrobię tam porządek. Chyba powinniśmy już iść. Muszę zmyć ten makijaż. Ależ to upierdliwe. Potem wytrę szminkę z twojej twarzy.

Winston nie wstawał jeszcze przez kilka minut. W pokoju robiło się coraz ciemniej. Odwrócił się w stronę światła i wpatrzył w szklany przycisk do papieru. To nie fragment koralowca tak go nieskończenie interesował, a samo wnętrze szkła. Miało w sobie głębię, a jednak było przejrzyste jak powietrze. Zupełnie jakby szklana powierzchnia stanowiła sklepienie niebieskie, otaczające maleńki świat z własną atmosferą. Wydawało mu się, że mógłby dostać się do środka — w istocie, że znajduje się w środku — wraz z mahoniowym łożem i składanym stołem, zegarem, ryciną, a także z samym przyciskiem. Ten przedmiot był pomieszczeniem, w którym Winston przebywał, a koralowiec to jego życie z Julią, utrwalone w swoistej wieczności serca kryształowej kuli.

5

Syme zniknął. Pewnego ranka nie pojawił się w pracy; kilka nierozważnych osób skomentowało jego nieobecność, ale następnego dnia nikt już nic nie mówił. Trzeciego dnia Winston postanowił zerknąć na tablicę ogłoszeń, znajdującą się przy wejściu do Departamentu Archiwów. Wisiała tam między innymi lista członków Komitetu Szachowego, w skład którego wchodził Syme. Wyglądała dokładnie tak samo, jak wcześniej — nie było na niej żadnego skreślenia — została po prostu skrócona o jedno nazwisko. I tyle. Syme przestał istnieć. Nigdy nie istniał.

Zrobiło się upalnie. W pozbawionych okien, klimatyzowanych pomieszczeniach ministerstwa temperatura była stale taka sama, ale na zewnątrz chodniki parzyły w stopy, a w metrze w godzinach szczytu czuć było przeraźliwy smród. Przygotowania do Tygodnia Nienawiści szły pełną parą, urzędnicy wszystkich ministerstw zostawali w pracy po godzinach. Trzeba było przygotować procesje, spotkania, parady wojskowe, wykłady, wystawy figur woskowych, pokazy filmów, programy do wyemitowania przez teleekrany; należało ustawić trybuny, wykonać kukły wrogów, stworzyć nowe hasła, napisać piosenki, rozpuścić plotki i sfabrykować zdjęcia. Sekcja, w której pracowała Julia w Departamencie Fikcji, musiała zawiesić produkcję powieści, a zamiast tego szykowała w błyskawicznym tempie serię broszur o zbrodniach popełnionych przez wrogów Oceanii. Winston, poza swoimi zwykłymi obowiązkami, każdego dnia spędzał długie godziny na przeglądaniu dawnych wydań „Timesa”, w których modyfikował i ubarwiał artykuły, przeznaczone do zacytowania w przemówieniach. Późnym wieczorem, kiedy wylegali na ulice hałaśliwi prole, czuło się, że miasto ogarnęła swoista gorączka. Rakiety spadały częściej niż zwykle; czasem w oddali widziało się ogromne eksplozje, których nikt nie umiał wyjaśnić, toteż krążyły o nich dziwaczne pogłoski.