— Trzeba ustalić parę szczegółów — powiedział. — Zakładam, że macie jakąś kryjówkę?

Winston opowiedział mu o pomieszczeniu nad sklepem pana Charringtona.

— Na razie to wystarczy. Potem zorganizujemy coś innego. Trzeba często zmieniać kryjówki. W międzyczasie poślę wam egzemplarz książki — Winston zauważył, że nawet O’Brien wypowiada to słowo tak, jakby było pisane kursywą — książki Goldsteina. Zrobię to najszybciej, jak się da. Zanim jakiś dostanę, może minąć parę dni. Jak możecie się domyślić, nie istnieje zbyt wiele kopii. Myślopolicja poluje na nie i eliminuje je prawie tak szybko, jak my je produkujemy. Nie robi to wielkiej różnicy. Książka jest niezniszczalna. Nawet gdyby unicestwili ostatni egzemplarz, odtworzylibyśmy ją co do słowa. Czy idąc do pracy, macie przy sobie teczkę? — spytał.

— Zwykle tak.

— Jak wygląda?

— Jest czarna, bardzo zniszczona. Z dwoma paskami.

— Czarna, dwa paski, bardzo zniszczona; dobrze. Pewnego dnia w niedalekiej przyszłości, nie mogę podać dokładnej daty, jedna z wiadomości dotyczących waszej porannej pracy będzie zawierała słowo z błędem i będziecie musieli poprosić o powtórzenie. Następnego dnia pójdziecie do pracy bez teczki. W pewnym momencie zbliży się do was na ulicy jakiś człowiek, dotknie waszego ramienia i powie: „Chyba upuściliście teczkę”. Ta, którą wam wręczy, będzie zawierała książkę Goldsteina. Zwrócicie ją w ciągu czternastu dni.

Milczeli przez chwilę.

— Za parę minut musicie odejść — powiedział O’Brien. — Spotkamy się znowu, o ile się spotkamy...

Winston popatrzył na niego i dokończył z wahaniem: