— Tam, gdzie nie ma mroku?

O’Brien pokiwał głową. Nie okazał zaskoczenia.

— Tam, gdzie nie ma mroku — powiedział takim tonem, jakby rozpoznawał aluzję. — Tymczasem chcecie coś jeszcze powiedzieć, zanim odejdziecie? Podzielić się czymś? O coś zapytać?

Winston zamyślił się. Nie miał już żadnych pytań, nie chciał też wypowiadać górnolotnych ogólników. Przyszło mu do głowy coś niepowiązanego bezpośrednio z O’Brienem czy Bractwem — ujrzał w myślach ciemną sypialnię, w której jego matka spędziła swoje ostatnie dni, i pokój nad sklepem pana Charringtona, i szklany przycisk do papieru, i staloryt w ramie z różanego drewna. Ni z tego, ni z owego powiedział:

— Słyszeliście kiedyś ten stary wierszyk, który zaczyna się od słów: „Pomarańcze i cytryny, biją dzwony u Marcina...”?

O’Brien ponownie pokiwał głową, a następnie poważnym, uprzejmym głosem dokończył:

Pomarańcze i cytryny, biją dzwony u Marcina.

Biją dzwony u Klemensa, że mi jesteś winien pensa.

Grożą dzwony Baileya, dłużnikowi przyleję!

Krzyczą dzwony Shoreditch64 — i ty także krzycz!.