— Mało powiedzieć: niezawodnie, trzeba dać dowód, że się w moją uczciwość wierzy. Siostrzyczko Annitko! Połóżcie się obok mnie rozebrane. Nie dotknę was! Macie na to moje słowo. Jesteście zresztą dwie na jednego; czegóż możecie się bać? Wyskoczycie z łóżka — i już! O co chodzi? Słowem, nie ma na to zgody, to nie położę się spać wcale.

I zamilknąwszy, zacząłem udawać, że mi się oczy kleją. One naradzały się szeptem przez czas jakiś, po czym Marietta rzekła mi, abym się kładł, a zaś one pójdą też do łóżka, atoli nie wcześniej, aż zasnę. Rozebrałem się tedy i położyłem, życząc dzieweczkom dobrej nocy. Zaledwiem się położył, zacząłem natychmiast udawać, że zasypiam, i w istocie sen mnie mimo woli ogarnął; obudziłem się w chwili, gdy się one kładły, alem leżał cicho i spokojnie, czekając aż i jedna, i druga zacznie spać — lub udawać, że zasnęła. Były ode mnie odwrócone; w pokoju panowała zupełna ciemność. Na chybił trafił zacząłem od okazywania mej atencji sąsiadce mojej z prawej strony, nie wiedząc: Annita to, czy Marietta. Była skulona, owinięta w jedyną część ubrania, której się nie pozbyła. Powoli i delikatnie, oszczędzając jej skromność, zniewoliłem ją do uznania się za pokonaną, tudzież, że najlepszy i jedyny sposób ratowania sytuacji polega na udawaniu w dalszym ciągu, iż śpi jak zabita, pozwalając na na wszystko. Tak też zachowała się i druga moja sąsiadka, z lewej strony. Po ognistym temperamencie, z jakim oddawała mi pocałunek za pocałunkiem, zdawało mi się, że poznaję Annitę. Powiedziałem to jej. Odrzekła cicho: „Tak, to ja...” I dodała: „Będziemy obie, ja i moja siostra, głęboko szczęśliwe, jeśli pan okaże się człowiekiem honorowym i w uczuciach swych stałym”.

— Na śmierć i życie jam wasz! — wykrzyknąłem. — Miłość nas złączyła. Jej tylko składajmy ofiary i nigdy już, przenigdy, nie wspominajmy o Angeli.

Poprosiłem, aby wstała i zapaliła świece. Lecz usłużna Marietta zerwała się pierwsza i zostawiła nas samych. Ach! Gdy wróciła ze światłem i stała tak przede mną i Annitą, spoglądając na pogrążonych w niewymownej ekstazie jakby z wymówką, że przecie to ona poddała się pierwsza mym pieszczotom i zachęciła niejako siostrę iść w jej ślady... Ach, wówczas powiem, jak ogromne szczęście jest moim udziałem.

— Wstańmy, przyjaciółeczki moje — odezwałem się — i poprzysięgnijmy sobie wieczną przyjaźń.

Usiadłszy za stołem, spożyliśmy — w kostiumach... złotego wieku108 — z wielkim apetytem i w świetnych humorach resztki naszej nocnej uczty. Po czym jęliśmy sobie mówić wszystko, co miłość na usta przynosi, co tylko w upojeniu zmysłów da się wyszeptać na ucho, i reszta tej najcudniejszej nocy upłynęła nam wśród dawania sobie wzajemnie dowodów niewyczerpanej ognistości.

We dwa dni potem złożyłem wizytę pani Orio i ponieważ Angeli nie było, zostałem na kolacji i wyszedłem razem z panem Rosą. W przedpokoju Annicie udało się wręczyć mi niespostrzeżenie bilecik i pakiecik. Był to uczyniony na wosku głęboki odcisk klucza, a w bileciku stało109, że gdy według tego odcisku każę klucz dorobić od drzwi wchodowych110, będę mógł przychodzić na górę — choćby co noc. Stało tam także, że nazajutrz po owej nocy, którąm111 spędził z obiema dzieweczkami, przyszła do nich Angela, nocowała i że zważywszy na stosunek łączący ją z obu siostrami, domyśliła się wszystkiego, co zaszło między nami, że one koniec końców musiały wszystko jej opowiedzieć, zwalając całą winę na nią. Natenczas — pisała Annita — Angela jęła wymyślać im najordynarniej od takich i owakich, przysięgając się, że noga jej więcej w ich domu nie postanie, ale, że ich to wszystko ani ziębi, ani grzeje.

Wszystko się tedy ułożyło jak najwytworniej. Co tydzień noc jedną spędzałem w pokoiku przemiłych siostrzyczek, a i potem za każdym moim powrotem z dalekich wojażów do Wenecji, im najpierwszą składałem wizytę.

Donna Lukrecja

Po zwinięciu mieszkania w Wenecji przez matkę, występującą na teatrze królewskim w Warszawie, oddany został Casanova do seminarium na stałą lokatę. Tak tam dokazywał, że aż go internowano w więziennym forcie św. Andrzeja. Wydobył go stamtąd na instancję112 matki przyjaciel jej, biskup z Martorano w Kalabrii, mówiąc nawiasem wielki faworyt królowej polskiej, żony Augusta III, protegującej też usilnie i matkę Casanovy. Miał biskup zabrać z sobą niepoprawnego szaławiłę113 do Martorano, wypadło jednak tak, że sam puścił się w drogę, Casanova zaś nieco później ruszył samopas w jego ślady, zaznając najbardziej awanturniczych przygód. Za towarzysza podróży miał początkowo pewnego mnicha żebrzącego, któremu się świetnie powodziło, a potem pewnego handlarza winem, któremu przedziwnie podrabiał muskaty i lacrimae Christi114. W Martorano, małej mieścinie, nieliczącej nawet dwóch tysięcy mieszkańców, wiódł biskup-przyjaciel żywot bardzo mizerny. Nie nęciło Casanovy wiązać się z personatem115 nieposiadającym zgoła żadnego splendoru. Bierze tedy od biskupa... tylko błogosławieństwo na drogę, list do pewnego obywatela neapolitańskiego, polecający, aby mu wypłacił 60 dukatów, które winien jest martorańskiej ekscelencji, podąża dalej, via Neapol do Rzymu. Dobrze mu się w Neapolu powodziło. Podejmował go hojnie i fetował zdybany tam jakiś Casanova, krewny daleki, bardzo bogaty i zawołany światowiec...