Księdzem był doktor Gozzi; miał lat dopiero 26; skromny, ugrzeczniony, okrąglutki... Do tego stopnia był tylko mną zajęty, że w ciągu niespełna półrocza opuścili go wszyscy uczniowie. Postanowił tedy otworzyć kolegium połączone z internatem; projekt ten atoli dojrzewał całe dwa lata, w ciągu których nauczył mnie doktor Gozzi wszystkiego, co sam umiał, do gry na skrzypcach włącznie. Przydała mi się ta gra, ach, jak bardzo przydała raz nie jeden w życiu!

Gdy po owych dwuletnich studiach — było to w Wielkim Poście 1736 roku — zjawiliśmy się, ja i mój mistrz, u matki mojej w Wenecji, nie chciano wierzyć uszom i oczom. Wręcz zaimponowałem całej mojej rodzinie i wszystkim znajomym moją uczonością i ogładą, nie wspominając o biegłości w układaniu wierszy, która wszystkich wprawiła w zachwyt. Przezacny mój mentor cieszył się jak dziecko, że jemu przypisywano zasługę uczynienia z na wpół zidiociałego chłopaka tak wypolerowanego61 i do rzeczy nieomal kawalera. Nie podobała się tylko matce mojej moja jasnoblond peruka, okrutnie nieharmonizująca z mymi czarnymi brwiami i oczami. Spytała doktora, dlaczego własnych moich włosów nie każe fryzować. Doktor odrzekł, że to siostra jego obstaje przy peruce, którą łatwiej utrzymywać w ochędóstwie62 niż moją czuprynę. Naiwna ta odpowiedź wywołała głośny śmiech całego towarzystwa, który wzmógł się jeszcze, gdy na pytanie zwrócone do doktora, czy siostra jego jest zamężna, wyrwałem się ja z odpowiedzią, że Bettina jest najpiękniejszą panienką w całej dzielnicy miasta i liczy lat dopiero czternaście. Tedy matka obiecała piękny prezent Bettinie, jeżeli tak gorliwie opiekować się będzie moją czupryną jak moją peruką, na co doktor odparł, że od dnia dzisiejszego stanie się życzeniu matki zadość i peruki nosić nie będę.

Ach, tak! Bettina była istotnie prześliczna, wesoła i wielka amatorka czytania powieści. Rodzice byli z niej niezadowoleni, a doktor nie mógł nigdy pogodzić się z jej pasją do lekkiej lektury. Dzieweczka spodobała mi się od razu, sam nie wiem czemu. Ona to pierwsza rozpaliła w sercu moim uczucie... nieprześcignione przez żadne już potem w życiu. Spotęgował jej sympatię dla mnie hojny dar mojej matki: pięć łokci63 materii jedwabnej i tuzin rękawiczek. Tak gorliwie zajęła się od tej daty moimi włosami, że już po sześciu miesiącach mogłem chodzić bez peruki. Czesała mnie też często, leżącego jeszcze w łóżku, gdyż czasu nie miała z tym czekać, aż wstanę. Myła mi twarz, szyję, piersi, nie szczędząc dziecięcych pieszczot, które poczytywałem za całkiem niewinne, które mnie jednak drażniły, za co sobie czyniłem w duchu ostre wymówki. Byłem od niej o trzy lata młodszy; sądziłem, że dla tego samego nie będzie mogła mnie pokochać i gryzłem się tym i martwiłem. Bywało, usiadłszy na moim łóżku, dowodzi, że utyłem i stara się o tym przekonać rękami, od czego aż mi się gorąco robiło, lecz pozwalałem jej robić, co chce, w obawie, aby nie spostrzegła mego pomieszania. Innym razem powiada, że mam skórę dziwnie delikatną i tak mnie łechcze, że aż usuwać się muszę, żałując okrutnie, iż nie śmiałem jej odpłacić pięknym za nadobne i że ona nie domyśla się, jak bardzo bym tego pragnął. Gdym był ubrany, całowała mnie raz i drugi, nazywając „najdroższym swym dzieckiem”... ja zaś, pożerany chęcią pójścia za jej przykładem, nigdy i nigdy nie mogłem zdobyć się na odwagę. Później, podniecony dworowaniem Bettiny z mej nieśmiałości, przemógłszy się, oddawałem jej całus za całusa, a nawet z nawiązką, zatrzymując się zawsze, ilekroć chętka mnie brała posunąć się dalej; wówczas odwracałem głowę, jakbym czego szukał, a ona wychodziła z pokoju. Po jej odejściu byłem w desperacji, żem nie pofolgował mojej naturze, i zdumiony, że Bettina może tyle ze mną dokazywać, wstrzymując się zawsze w porę, podczas gdy ja hamować się muszę z największą biedą. Za każdym razem obiecywałem sobie święcie zmienić postępowanie.

W początkach jesieni zalokowało się u doktora trzech nowych pensjonarzy, z których jeden, młodzian piętnastoletni, wszedł rycho bardzo w konfidencje64 z Bettiną. Obudziło to we mnie uczucie całkiem mi dotąd nieznane, a z którego zdałem sobie sprawę dopiero po wielu latach. Nie była to zazdrość ani też nienawiść. Obudziło się we mnie dla Cordianiego tylko uczucie — pogardy. To miał być mój rywal szczęśliwy, ten syn jakiegoś dzierżawcy, nieokrzesany, głupi, bez krzty polotu w duszy? Cała jego wyższość nadmierna polegała na tym, że był nieco ode mnie starszy. Gorzką też pogardę zacząłem żywić dla Bettiny, którą kochałem, sam nie wiedząc o tym. Aż nadto rychło spostrzegła ona zmianę w moim dla niej usposobieniu. Gdy usiadła, jak zazwyczaj, na moim łóżku i zabierała się mnie czesać, odtrąciłem precz jej ręce i nie kwapiłem się wcale jej całować. Podrażniona, powiedziała mi wręcz, że jestem o Cordianiego zazdrosny. Uniosłem się i odparłem, że ona warta jest Cordianiego, a on jej. Zaśmiała się i wyszła.

Teraz już za wszelką cenę chciała rozkochać mnie w sobie i oto na jaki wzięła się sposób. Pewnego ranka przyniosła mi do łóżka parę pończoch własnej roboty. Uczesawszy mnie, oświadczyła, iż sama mi je włoży, gdyż z pewnością wypadnie je poprawić. Doktor właśnie był wyszedł mszę odprawić. Bettina, zabrawszy się do moich nóg, znalazła, iż są nie dość czyste, i nie pytając o pozwolenie, zabrała się je myć. Nie śmiałem okazać zakłopotania i pozwoliłem jej robić, co chce, nie przeczuwając, co z tego wyniknie. Bettina, siedząc na moim łóżku, posunęła się w ochędożeniu mnie ponad wszelką gorliwość, ciekawość jej atoli65 sprawiała mi tak żywą rozkosz, że ustała dopiero wówczas, gdy już żywsza być nie mogła. Gdym się uspokoił, zacząłem ją przepraszać, uważając, iż tak mi wypada postąpić. Nie oczekiwała przeprosin, pomyślała chwilę i rzekła z wielką wyrozumiałością w głosie, że cała wina po jej stronie, lecz że się już nigdy więcej do tego stopnia nie zapomni. Rzekłszy to, wyszła, pozostawiając mnie moim refleksjom.

A refleksje to były nad wyraz bezlitosne. Zdawało mi się, żem Bettinę zbezcześcił, żem nadużył zaufania jej rodziny, żem popełnił coś haniebnego, co da się tylko naprawić poślubieniem Bettiny. Ogarnęła mnie czarna melancholia i byłbym się zakochał na śmierć i życie, gdyby mi serca nie żarła zazdrość straszliwa, aczkolwiek byłem święcie przekonany, że takiego jak ze mną występku Bettina z Cordianim nie popełniła. A rankami już do mnie nie przychodziła wcale. Wyobraziłem sobie, że się wstydzi i ma wyrzuty sumienia. Głaskało to moją miłość własną. Postanowiłem w bezdennej mojej głupocie napisać do niej. Napisałem krótki list, mogący ją jednak w zupełności uspokoić i ośmielić. Wydało mi się, żem wykoncypował arcydzieło stylu epistolarnego66, że ono bez chyby67 Bettinę podbije, a Cordianiego całkiem od niej odsądzi, aczkolwiek i bez tego nie wierzyłem w gruncie rzeczy, aby Bettina mogła tego rodzaju osobnikowi dawać preferencję nade mną.

W niespełna godzinę po otrzymaniu mego listu dała mi ustną odpowiedź, że pojutrze przyjdzie do mnie rano jak zwykle, jak bywało przed pamiętnym dniem przełomowym. Alem czekał jej nadaremnie. Nie przyszła. Byłem wzburzony. Jakież było moje zdziwienie, gdy podczas obiadu zagadnęła mnie, jak gdyby nic, czy ma przyjść przebrać mnie za dziewczynkę na balik maskaradowy, mający się odbyć za dni parę u naszego sąsiada. Wszyscy przyklasnęli projektowi przebrania mnie za dziewczynkę, tedy musiałem się rad nierad zgodzić. Zresztą zdawało mi się, że ta okoliczność da nam najlepszą okazję rozmówić się i tak ułożyć nasz stosunek, aby zmysły nigdy już więcej nie mogły mi wypłatać figla. Wszystko jednak pokrzyżował następujący wypadek.

Pewien stary, dobry przyjaciel Gozziego, mieszkający na wsi, zmożony długotrwałą chorobą i pewny, że niedługo już pożyje, przysłał powóz, prosząc, aby opiekun mój wespół z ojcem swoim niezwłocznie do niego przybył, oczy mu zamknął i duszę jego oddał Bogu. Stary szewc, ojciec Gozziego, wychylił całą flaszę wina (ile że dopiero poczuwszy alkohol w mózgu był w stanie myśleć i obracać językiem), wciągnął na się szatki od święta i puścił się z synem w drogę. Tu mnie ogarnęła niepohamowana chęć skorzystania z niebywałej sposobności... Balik miał się odbyć dopiero za dni kilka; wydało mi się niepodobieństwem68 czekanie tak długo na widzenie się z Bettiną... szepnąłem jej tedy, że drzwi mego pokoju zostaną w nocy otwarte na korytarz... gdy zaś wszyscy w domu usną... niech do mnie przyjdzie. Zgodziła się. Spała na parterze w gabinecie, przylegającym cieniutką ścianką do sypialni ojca. Po wyjeździe doktora spałem sam w pustym pokoju; trzej pensjonarze lokowali się na przeciwległej stronie; nikt nas tedy spłoszyć nie mógł. Cały podniecony, nie mogłem doczekać upragnionej chwili...

Natychmiast po udaniu się na spoczynek zamknąłem na klucz drzwi od dalszych komnat, a otworzyłem wychodzące na korytarz, zgasiłem światło i — nie rozbierając się — jąłem wyczekiwać. W romansach zdarzają się często sytuacje takie i nie ma w nich żadnej przesady. Tak zupełnie, jak ja na Bettinę, czeka u Ariosta69 Raggiero na Alcinę. Czekałem aż do północy, nie niecierpliwiąc się nadmiernie; gdy jednak upłynęła godzina jedna po pół nocy... druga... trzecia... czwarta... wściekłość mnie ogarnęła i krew we mnie zawrzała. Na dworze padał śnieg i ziąb był nieznośny, lecz nie czułem najdokuczliwszego chłodu. Na krótko przed świtem, nie mogąc dłużej opanować niecierpliwości, postanowiłem zejść w pończochach — aby psa nie zbudzić — na dół i przekonać się, czy drzwi Bettiny zamknięte czy otwarte. Znalazłem je zamknięte; nie wychodziła; musiała oczywiście przespać naszą schadzkę. Chciałem zapukać, lecz wstrzymała mnie obawa, że pies zacznie szczekać. Zrozpaczony i przybity, usiadłem na schodach, nie wiedząc, co począć. Dygotałem z przejmującego zimna. Nagle przyszło mi do głowy, że służąca będzie wychodziła niebawem na miasto i może mnie spostrzec. Zdecydowałem się tedy wrócić do siebie. Podnoszę się... i w tej chwili słyszę w pokoju Bettiny hałas. Przekonany, że to ona wstaje, aby iść do mnie, zbliżam się spiesznie do jej drzwi... drzwi odmykają się... lecz zamiast Bettiny ukazuje się w nich — Cordiani. Kopnął mnie siarczyście w brzuch, żem się aż w zaspę śniegu potoczył, i znika w pokoju, gdzie sypiał wespół z dwoma swymi kolegami. Zerwałem się, odchodząc od zmysłów, dopadłem do zamkniętych drzwi Bettiny i jąłem w nie bez miłosierdzia łomotać pięściami i nogami. Pies zaczął natychmiast ujadać — oprzytomniałem — pobiegłem do swego pokoju, zamknąłem się i padłem na łóżko na wpół żywy.

Zawiedziony, zdradzony, upokorzony, układałem przez dobrych godzin trzy najczarniejsze plany zemsty. Otruć ich wszystkich? Nie, to mściwości mojej nie nasyci! Wszystko opowiedzieć jej bratu?... W tym momencie doleciał uszu moich skrzeczący głos matki Bettiny, wołający, abym co rychlej schodził na dół, gdyż córka jej — umiera! Zły, że wymyka mi się ofiara zemsty, udaję się do pokoju Bettiny, przy której łóżku znajduję zgromadzoną całą familię. Bettina wije się w kurczach straszliwych; na wpół ubrana, wyrzuca rękami i nogami na wszystkie strony, że nikt jej utrzymać nie może. Nie wiedziałem, co mam myśleć o tym wszystkim. Nie znałem jeszcze ani natury niewieściej, ani niewiast podstępnej przewrotności. Dziwiłem się własnemu spokojowi... Po godzinie miotania się Bettina usnęła. Przywołani do jej łóżka lekarz, tudzież akuszerka nie mogli w żaden sposób określić istoty tak nagłej i niezwykłej choroby. Uśmiechnąłem się w duchu; zaczynałem rozumieć, że choroba ta pozostaje w ścisłym związku zarówno z nocną wizytą Cordianiego, jak z wykryciem przeze mnie całej sprawy. Postanowiłem jednak czekać cierpliwie z pofolgowaniem mej zemście na powrót doktora.