Przechodząc do mego pokoju przez gabinet Bettiny, spostrzegłem jej saczek70, poniewierający się na stole. Otworzyłem go; spostrzegłem bilecik, skreślony znanym mi dobrze pismem Cordianiego. Zdziwiła mnie niemało nieopatrzność Bettiny; bilecik mógł przecie tak łatwo wpaść w ręce jej matki lub brata!... Jakże dalece musiała, biedaczka, stracić głowię! Bilecik uniosłem do swego pokoju i tam dopiero rzuciłem się go czytać. Łatwo wyobrazić sobie, co się ze mną działo, gdym wyczytał następujące wyrazy: „Ponieważ ojciec wyjechał, nie potrzebujesz zostawiać drzwi otwartych jak zwykle. Po kolacji przyjdę do twego gabineciku, gdzie mnie zastaniesz”.
Po chwili osłupienia i bicia się z myślami parsknąłem śmiechem; wydałem się sobie bardzo śmiesznym, Bettina godną pogardy, a Cordiani godnym przebaczenia. Myślałem, żem się z miłości dla takiej dziewczyny gwałtownie wyleczył. Gratulowałem sobie, żem otrzymał zbawienną nauczkę na całe życie. Uznałem nawet, że Bettina ma rację, dając Cordianiemu pierwszeństwo, chłopakowi już piętnastoletniemu, podczas gdy ja czymże jestem? Dzieckiem. Jednej tylko rzeczy nie mogłem przeboleć, mianowicie tego, że mnie Cordiani tak nieludzko kopnął.
Podczas obiadu, spożywanego w kuchni, rozległy się nagle wrzaski Bettiny. Wszyscy porwali się do sypialni, ja tylko kontynuowałem spokojnie jedzenie, nie zwracając najmniejszej uwagi na ogólny popłoch. Podczas kolacji powtórzyło się to samo; ja znowu ani drgnąłem. Wrócił doktor — alem mu nic nie powiedział; wszelkim planom zemsty dałem był za wygraną; opowiedzieć mu tak wysoce skandaliczną historię mogłem jedynie w wielkim podnieceniu; na chłodno nie mogłem. Spostrzegłem łóżko Bettiny, stojące tuż przy łóżku matki, lecz udałem, że na taki szczegół nawet uwagi nie zwracam — oddałem się cały nauce. Nazajutrz matka Bettiny przerwała nam lekcję, żeby oświadczyć doktorowi, że doszła do przekonania, iż na Bettinę musiał ktoś z pewnością rzucić urok. Może służąca?
— Mam niezbity dowód! — rzekła.
— Jaki? — spytał doktor.
— Zagrodziłam drzwi dwiema skrzyżowanymi miotłami. Zamiast je rozsunąć i przejść, ominęła drzwi zalękniona... i weszła do pokoju innymi drzwiami. Oczywiście bała się tknąć skrzyżowanych mioteł. To niewątpliwie czarownica. Rzuciła na moją córkę urok.
Tedy doktor, włożywszy komżę, poszedł siostrę egzorcyzmować. Przyglądałem się ciekawie tym praktykom. Wszyscy biorący w nich udział wydali mi się niespełna rozumu i śmiech mnie porywał, ilekroć ktoś nazwał Bettinę nawiedzoną przez... diabła. Gdy się ceremonia skończyła, zbliżyłem się cichaczem do Bettiny i szepnąłem jej:
— Bądź dobrej myśli, zdrowiej i bądź pewna mojej dyskrecji!
Nie odrzekła mi nic i obróciła się do ściany. Dnia tego już konwulsji nie było; sądziłem, że wyzdrowiała; nazajutrz atoli opanowała ją istna demencja, podczas której wylatywały jej z ust wyrazy łacińskie i greckie, co przekonało wszystkich ostatecznie, że Bettina jest opętana przez diabła. Sprowadzono natychmiast najsłynniejszego w Padwie egzorcystę. Był to niezmiernie brzydki na twarzy kapucyn, ojciec Prosper de Bovolenta. Bettina atoli zaczęła świętobliwego człeka lżyć najordynarniejszymi wymysłami, a dobranymi tak kunsztownie, że nikt ani na chwilę nie wątpił, że jeden tylko diabeł zdobyć się może na coś podobnego. Kapucyn porwał się grzmocić Bettinę krucyfiksem, za co się ona śmiertelnie obraziła i palnąwszy mu bajeczne verba veritatis71, cisnęła w niego flaszką z jakimś czarnym lekarstwem, które spryskało też akuratnie stojącego opodal Cordianiego, z czegom się serdecznie ucieszył. Egzorcysta zabrał się i poszedł, nie dopiąwszy swego. Wieczorem Bettina nagle i niespodziewanie zjawiła się w kuchni i spokojna jak trusia siadła z nami do kolacji. Do mnie przemówiła słodko i łagodnie, przypominając, że jutro bal maskowy i że trwa niezłomnie w zamiarze przebrania mnie za dziewczynkę. Po pewnym czasie poszła z powrotem do łóżka, ja zaś znalazłem w fularze72, którym głowę na noc owijałem, bilecik brzmiący jak następuje: „Albo pójdziesz ze mną na bal przebrany za dziewczynkę, albo taką wyprawię hecę, że będziesz się zalewał łzami”. W nocy, gdy wszyscy spali, odpisałem jej, że mam zamiar pilnie unikać wszelkiego z nią sam na sam i proszę, aby oszczędzała moje serce, które żywi dla niej uczucia... braterskie, że wreszcie odesłałem jej bilecik pisany do Cordianiego, prosząc, aby poczytywała to za dowód mej przyjaźni i mej wspaniałomyślności. Otrzymawszy nazajutrz rano mój list, Bettina wpadła w doskonały humor. Ja byłem dla niej niezmiernie ugrzeczniony; żal mi było dziewczyny; uniósł ją temperament w ramiona niegodziwca... Biedaczka!
Atoli po dniu pogodnym nastał wieczór burzliwy. Bettina poszła wcześnie do łóżka i znów zaczęła wyprawiać niesłychane brewerie73. Wiedziałem, co o nich sądzić. Rozpoczynała się zapowiedziana „heca”. Bettina czuła moją wyższość nad sobą i to wyprowadzało ją z równowagi. Ach, wyznać muszę z całą szczerością, że pomimo doskonałej „szkoły”, którą przeszedłem w latach jeszcze chłopięcych, pomimo doświadczeń, które mogły mnie obronić od wielu niespodzianek, wyznaję, że byłem oszukiwany przez kobiety... często, bardzo nawet często. Nie dawniej jak dwanaście lat temu byłbym poślubił w Wiedniu młodziutką, niezmiernie lekkomyślną panienkę. Nie dało spełnić się temu szaleństwu najwidoczniej owo bóstwo, co szalonych od początku świata strzeże. Dziś... w siedemdziesiątym drugim roku życia szaleństwa nie popełnię, głupstwa nie palnę... i to jest właśnie najświetniejsza rzecz!