Nazajutrz Bettina jęła dokazywać tak, że sam doktor gotów był przysiąc, że diabeł w niej siedzi. I postanowił wezwać innego, jeszcze bardziej zawołanego egzorcystę. Był nim dominikanin, pater74 Mancia. Porwałem się za głowę, gdy stanął u łoża Bettiny! Pater Mancia był piękny jak Apollo Belwederski75; lat najwyżej trzydziestu, pysznie zbudowany, blady, o prześlicznie karminowych ustach, spod których błyszczały białe jak śnieg zęby; z wyrazem twarzy ujmującymi miłym.
Bettina udawała, że śpi. Gdy ją atoli pater Mancia pokropił wodą święconą, otworzyła oczy, obejrzała dokładnie egzorcystę, położyła się na wznak, opuściła ręce, przechyliła z niewysłowioną gracją główkę na bok i — usnęła, bardziej podobna do aniołka niż do ziemskiej istoty.
Pater Mancia, dopełniwszy swych zabiegów, ulotnił się, obiecując wrócić nazajutrz. Nazajutrz Bettina mówiła całkiem od rzeczy, improwizując jakieś poetyckie tyrady, nie przerywając tej gadaniny wobec przybyłego egzorcysty. Z kwadrans przysłuchiwał się pilnie, po czym poprosił, abyśmy wszyscy wyszli z pokoju, gdyż pragnie z „chorą” pozostać sam na sam. Pospieszono uczynić zadość życzeniu świętobliwego męża. Bite trzy godziny trwały tajemnicze praktyki. Około południa pater Mancia zawołał nas; zastaliśmy Bettinę całkiem uspokojoną; egzorcysta zabierał się do wyjścia. Wyraził nadzieję, że stan „chorej” ulegnie gruntownej zmianie, prosił o udzielenie mu wiadomości...
Po wyjściu egzorcysty Bettina spożyła obiad w łóżku, po czym wstała, wieczorem jadła kolację z nami przy stole i nie zdradzała już żadnego „obłędu”. Oto zaś okoliczność, która utwierdziła mnie w przekonaniu, że Bettina nie była nigdy ani wariatką, ani opętaną.
Doktor zadecydował, że w wigilię Oczyszczenia Matki Boskiej mamy wszyscy spowiadać się u ojca Mancii. Cordiani i obaj Feltrinowie nic nie mieli przeciw temu, ja zaś postanowiłem nie dopuścić do tego, gdyż nie wyobrażając sobie, aby można było zataić cośkolwiek na spowiedzi, nie chciałem, aby pater Mancia w bohaterce mojej przygody z „pewną dziewczynką” poznał od razu Bettinę. Raniutko otrzymałem liścik od niej tej treści: „Żaden z was nie powinien spowiadać się u ojca Mancii. Możesz mnie nienawidzić, ale szanuj moją cześć. Ty jeden możesz obalić postanowienie mego brata. Po tym poznam, czy ty jesteś czy nie jesteś moim przyjacielem”. Odpisałem, że o mnie może być spokojna, co zaś do Cordianiego, to niech sama wpłynie na swego... kochanka. Odpowiedziała: „ Z Cordianim nie widziałam się od owej nocy, która mnie unieszczęśliwiła, i nie chcę się z nim widzieć nigdy więcej. Tobie wyłącznie chcę zawdzięczać ocalenie mi życia i honoru”.
Prowadziła ze mną niecną grę; czułem to dobrze. Była pewna swego. Kto ją tak wtajemniczył w arkana serca ludzkiego? Romanse, które pochłaniała? Nie, romanse tak gruntownych lekcji dać jej nie mogły...
Zdecydowany byłem uczynić zadość jej prośbie. Idąc spać, oświadczyłem kategorycznie, że spowiadać się będę, ale nie u ojca Mancii. Doktor uznał racjonalność moich skrupułów i obiecał, że zaprowadzi mnie do innego kościoła. Tegoż wieczora stłukłem sobie mocno nogę, postanowiono, że co najmniej dzień muszę przeleżeć w łóżku i oto zostaliśmy nazajutrz sami: ja i Bettina. Pod pierwszym lepszym pretekstem przyszła do mego pokoju; łaknąłem rozmówienia się z nią, byłem przeto uszczęśliwiony. Usiadła na moim łóżku. Zacząłem natychmiast jej tłumaczyć, że owej pamiętnej nocy miłość moja dla niej przemieniła się w nieubłaganą nienawiść, że potem jednak rozbroiły mnie jej przytomność umysłu, jej spryt, jej subtelność i że obecnie żywię dla niej rzetelną przyjaźń, podziwiając jej niepospolite zalety; prosiłem, aby była względem mnie również szczera i otwarta; zakląłem się, że nie mam do niej najmniejszego żalu; niech — rzekłem — kocha choć na śmierć i życie „swego” Cordianiego; jestem pewny, że i jego, podobnie jak mnie, złowiła w swoje sidła i że jest niezawodnie bardzo nieszczęśliwy... Odrzekła, że wszystko a wszystko polega na fatalnym nieporozumieniu! Cordiani podpatrzył jej i moją tajemnicę przez wywiercony w suficie otwór i groził, że wszystko opowie doktorowi, jeżeli ona, Bettina, nie przestanie rankami chodzić do mnie, natomiast jemu pozwoli przychodzić do niej. Opowieść była długa... Tak też i owej okropnej nocy, kiedy obiecała do mnie przyjść i nie przyszła, musiała pod groźbą jawnego szantażu wpuścić Cordianiego do swego gabinetu. Wciąż spodziewała się, że Cordiani lada chwila ją opuści i że będzie mogła choć po północy przyjść do mnie, ale Cordiani wciąż rozpowiadał i rozpowiadał o tym, że ucieknie z nią do Ferrary, do swego wuja, który wyjedna od jego rodziców zgodzenie się na ich związek.
— Na myśl, co ty tam u siebie, biedaku, robisz i jak cierpisz — ciągnęła dalej Bettina — krwawiło mi się serce. Ale nic nie mam sobie do wyrzucenia!... I wierz mi, nic takiego nie zaszło, co by mnie mogło uczynić niegodną twego szacunku. O, jeślibym zdecydowała się pozwolić Cordianiemu na to, o co może mężczyzna błagać kobietę tylko w imię płomiennej miłości76 byłabym się go z łatwością pozbyła w godzinę, może szybciej jeszcze; ale — dodała, zalewając się łzami — rychlej bym wybrała śmierć niż sposób taki! Czyliż mogłam przypuszczać, że ty tam marzniesz na wietrze i w śnieżną zamieć? Oboje byliśmy pożałowania godni, lecz ja bardziej niż ty. Przeznaczenie widać chciało, abym postradała zmysły. Teraz jeszcze w głowie mi się chwilami mąci i mam wrażenie, że znowu konwulsji dostanę. Mówią, że jestem opętana przez diabła; może tak jest, może nie jest... Nie wiem! Wiem tylko, że jestem najnieszczęśliwszą pod słońcem istotą.
Przestała mówić, dając folgę77 westchnieniom i szlochaniom. Byłem głęboko wzruszony, aczkolwiek czułem, że to, co mi opowiada, jest niewątpliwie prawdopodobne, nie będąc jednak w wystarczającej mierze wiarogodne. Forse era ver, ma non pero credibile78 — jak powiada poeta. Gdy oschły nieco jej łzy, zatopiła swoje oczy w mych oczach, szukając w nich potwierdzenia odniesionego zwycięstwa. Stropiłem ją, dotknąwszy nagle pewnego punktu, pominiętego przez nią, zdawało mi się, rozmyślnie, a przezornie. Spytałem ją, co mam myśleć o oczywistym udawaniu przez nią jakiegoś straszliwego cierpienia, urągającego, comme de raison79, wszelkim egzorcyzmom i zjawiającego się na zawołanie.
Popatrzyła na mnie jakby szklanymi oczyma, po chwili zaczęła znowu płakać, nic nie mówiąc. Od czasu tylko do czasu wyrywały się jej wyrazy przerywane chlipaniem: „O ja nieszczęśliwa! O ja nieszczęśliwa!” Sytuacja stawała się niewyraźna. Spytałem się tedy, co mogę dla niej uczynić. Odparła smutnie, że gdy serce mi nic nie dyktuje, to ona nie poczuwa się do żadnych wskazówek.