— Przyjdzie czas — dorzuciła — że gorzko będziesz żałował, iż moje cierpienia poczytujesz za fikcję lub udanie, cierpienia, któreś ty sam na mnie sprowadził.
Po tych słowach chciała odejść. Zatrzymałem ją, aby jej oświadczyć, iż może odzyskać moje uczucie, powstrzymując się przez cały miesiąc od „demonicznych” kontorsji80 i od zabiegów egzorcystycznych pięknego patra Mancii.
— To ode mnie nie zależy — rzekła. — Ale skądże ten przytyk do piękności ojca Mancii? Czyżbyś przypuszczał...
— Strzeż Boże, nie bawię się w żadne przypuszczenia! I nie jestem zazdrosny, o nie! Przyznaj jednak sama, że nie czyni ci zaszczytu okoliczność, iż dziwnie jakoś skuteczniejsze okazały się egzorcyzmy pięknego dominikanina niż szpetnego jak sto diabłów kapucyna. Zresztą, jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz.
Na tym urwała się nasza rozmowa. Bettina wyszła i w kwadrans potem dom był już pełen ludzi.
Po kolacji służąca oznajmiła mi, że Bettina dostała silnej gorączki, że kazała przenieść swoje łóżko do kuchni, gdzie sypia matka, i że leży tam cała w ogniach. Gorączka mogła być oczywiście najautentyczniejsza; nie bardzom jednak w nią wierzył. Byłem przekonany, iż Bettina nigdy nie odzyska zdrowia, gdyż w takim razie miałbym prawo absolutnie nie wierzyć w jej rzekomo całkiem niewinną sielankę z Cordianim. Że przeniosła się do matki i kazała swoje łóżko przystawić do jej łóżka, poczytywałem również za jakiś manewr strategiczny. Lecz nazajutrz gorączka wzmogła się, Bettina zaczęła istotnie majaczyć, a na czwarty dzień zdeklarowała się — ospa. Cordianiego i obu Feltrinich, którzy ospy nie przechodzili, przeniesiono natychmiast do innego domu; jam został, gdyż ospa już mi nie groziła. Nieszczęsne dziewczę chorowało tak silnie, że dosłownie wszystkie jej ciało pokryte było krostami. Leżała z zamkniętymi oczyma, a z gardłem tak ściśniętym, że przełykać mogła z trudem tylko parę kropli rozpuszczonego miodu. Przyspieszony oddech był jedyną oznaką życia. Matka prawie nie odchodziła od jej łóżka, a na mnie, siedzącego opodal za stołem i spokojnie piszącego, patrzono jak na bohatera. Biedne stworzenie bardziej podobne było do monstrum niż do ludzkiej istoty; cała głowa Bettiny była jakby spuchnięta; nosa prawie nie było widać, a obawiano się, że wzrok całkiem postrada — o ile, dodawano, da się utrzymać ją przy życiu. Nie do zniesienia była ostra bezwoń jej pocenia się, com jednak heroicznie usiłował znosić. Dziewiątego dnia ksiądz dał jej absolucję81 in articulo mortis82 i olejami namaścił, nie omieszkawszy powiedzieć, że poleca ją miłosierdziu Bożemu. Stan jej pogarszał się z dnia na dzień. Przezwyciężając mężnie odrazę i znosząc okropne powietrze napełniające pokój, gdy wszyscy ją odstąpili, nie opuściłem jej ja. O nieobliczalności serca ludzkiego! Czy da kto wiarę? Właśnie podczas najstraszliwszego stadium tej odstraszającej choroby zbudziło się we mnie dla Bettiny to przedziwne tkliwe uczucie, które po jej wyzdrowieniu miało jeszcze mocniej opanować całe moje jestestwo.
Gdy trzynastego dnia choroby gorączka ustała, jęło rekonwalescentkę trapić nieopisane świerzbienie po całym ciele. Żadna, zda się, siła ludzka nie mogła powstrzymać niepohamowanej potrzeby ulżenia sobie w tej męce. Uczyniły to może słowa, którem83 Bettinie nieustannie powtarzał: „Bettino! Niebawem wrócisz zupełnie do zdrowia. Pamiętaj jednak, że jeśli będziesz się skrobać, zbrzydniesz na zawsze tak, iż nikt cię kochać nie będzie!”
Niechże jaki lekarz znajdzie doskonalszy środek przeciw skrobaniu się młodej niewiasty, co wie, że z przyrodzenia jest piękna, oraz to, że jeśli się poskrobie, to piękność swą utraci!
Nareszcie... nareszcie... zaczęła Bettina przychodzić oczywiście i szybciej do zdrowia. Powieki podniosły się znad przepięknych jej oczu. Przeniesiono ją z kuchni do sypialni... Musiała jednak leżeć w łóżku aż do samej Wielkiejnocy. Upływający czas tudzież moja niewyczerpana troskliwość rozwinęły i w niej uczucie dla mnie pełne tkliwości. Odpłacała mi szczerze i bez żadnych już „incydentów”, najstateczniejszą miłością za miłość najstateczniejszą — a pomimo to nie pokusiłem się ani razu uszczknąć ów kwiat, który Przeznaczenie, sekundowane przez odwieczny przesąd, rezerwuje dla sakramentu małżeństwa.
Pożal się Boże, co też to i było za małżeństwo! Bettina poślubiła we dwa lata potem pewnego szewca nazwiskiem Pigozzo, szołdrę84 pierwszej klasy, który ją unieszczęśliwił i w dodatku pogrążył w nędzy, że aż brat zmuszony był zabrać ją do siebie i utrzymywać. W lat piętnaście potem, gdy doktor Gozzi został dziekanem, Bettina mieszkała przy nim w San Giorgio di Nogaro. Przybywszy tam do doktora w odwiedziny, lat temu osiemnaście, ujrzałem Bettinę postarzałą, chorą i umierającą. Na moim też ręku oddała Bogu ducha w dwadzieścia cztery godziny po moim przybyciu. Było to w roku tysiąc siedemset siedemdziesiątym szóstym.