— Tak, tak, wybornie — ciągnął dalej Bruno. — Krzycz głośno, jak możesz najgłośniej, aby się wszystkim zdawało, że to istotna prawda.

— Na ciało Chrystusowe klnę się, że w samej rzeczy mi ją skradziono! — zawołał jeszcze głośniej Calandrino.

— Nie ustawaj ani na chwilę — rzekł Bruno. — Zaklinaj się, przysięgaj, wrzeszcz co sił... a wszyscy ci uwierzą.

— Pęknę chyba ze złości! — krzyknął Calandrino. — Nie chcesz mi uwierzyć! Bodaj mnie powieszono, jeśli kłamię, bodaj mnie piorun zabił...

— Hę! — rzekł miarkując się Bruno — byłożby to prawdą w samej rzeczy? Przecież wczoraj jeszcze tutaj świnię widziałem. Zali66 chcesz we mnie wmówić, figlarzu, że na skrzydłach stąd uciekła?

— Ależ jest, jak powiadam! — wrzasnął Calandrino.

— Jestże to możliwe? — rzekł Bruno. — Byłaby to prawdziwa bieda!

— I jaka jeszcze! — jęknął rozpaczliwie Calandrino. — O ja nieszczęśliwy, jakże do domu powrócę! Moja żona mi nie uwierzy, a choćby i uwierzyła, gorzkie za to będę miał życie przez rok cały!

— Ha!... — odezwał się poważnym głosem Bruno. — Pojmuję, że ci przykro być musi, jeśli w istocie tak się stało. Jednakoż trudno mi w to uwierzyć, bo wszak sam dawałem ci wczoraj radę, abyś odegrał taką rolę, jaką właśnie grasz dzisiaj. Zdaje mi się tedy, że chciałbyś teraz żonę swoją i nas zarazem w pole wywieść.

Calandrino, do ostateczności przywiedziony, zawołał: