— Zali chcesz, abym z rozpaczy Bogu i świętym Pańskim bluźnił? Mówię ci, człeku, najświętszą prawdę, że mi świnię w nocy ukradziono.
— Kiedy tak — rzekł Buffalmacco — to nie ma co rąk zakładać, trzeba jeno67 poszukać sposobu na odzyskanie twojej straty.
— Otóż to właśnie! — zawołał Calandrino. — Aliści nie widzę żadnego sposobu.
— Powoli, powoli — rzekł Buffalmacco. — Przecież nikt z Indyj po twoją świnię nie przyszedł. Musiał ją ściągnąć któryś z naszych sąsiadów. Dalibóg, gdybyś tylko ich zebrać potrafił, to przy pomocy zaczarowanego chleba i sera zaraz dowiedzielibyśmy się, kto cię obrabował.
— Zali mniemasz — przerwał Bruno — że ty tylko jeden wiesz o tym sposobie? Znany on jest niewątpliwie niejednemu z sąsiadów, tak iż nikt już nań się złapać nie da... Możemy natomiast inną próbę uczynić.
— Jaką? — spytał Buffalmacco.
— Postarajmy się o gałki imbirowe i o dobre wino Vernaccia — rzekł Bruno. — Można te rzeczy równie dobrze zaczarować jak chleb i ser. Potem zaprosimy wszystkich sąsiadów na poczęstunek. Wszyscy się zejdą, nikt bowiem nie będzie podejrzewał, o co nam chodzi.
— Masz słuszność — zawołał Buffalmacco. — A ty, Calandrino, co myślisz o tym? Chcesz, abyśmy tego sposobu spróbowali?
— Pragnę tego najgoręcej — odrzekł Calandrino — zaklinam was nawet na ciało Chrystusowe, abyście to uczynili. Gdy będę wiedział, kto mnie okradł, ulgę poczuję, choćbym własności mojej odebrać nawet nie miał.
— Dobrze tedy68 — odrzekł Bruno. — Dla miłości, jaką dla ciebie żywię, gotów jestem sam wybrać się do Florencji po potrzebne przedmioty. Musisz mi jeno dać pieniądze na zakupy.