Bruno i Buffalmacco, wstawszy z łoża, wyszli przed próg domu, aby usłyszeć, co Calandrino o świni mówi. Calandrino przywołał ich z łzami w oczach i rzekł do nich:
— Biada mi, towarzysze, ukradziono mi świnię!
— Widzę, żeś przyszedł wreszcie do rozumu i posłuchał mojej rady — szepnął Bruno, podszedłszy do niego.
— Jakiej rady? — jęknął Calandrino. — Mówię prawdę!
— Tak, tak, wybornie — ciągnął dalej Bruno. — Krzycz głośno, jak możesz najgłośniej, aby się wszystkim zdawało, że to istotna prawda.
— Na ciało Chrystusowe klnę się, że w samej rzeczy mi ją skradziono! — zawołał jeszcze głośniej Calandrino.
— Nie ustawaj ani na chwilę — rzekł Bruno. — Zaklinaj się, przysięgaj, wrzeszcz co sił... a wszyscy ci uwierzą.
— Pęknę chyba ze złości! — krzyknął Calandrino. — Nie chcesz mi uwierzyć! Bodaj mnie powieszono, jeśli kłamię, bodaj mnie piorun zabił...
— Hę! — rzekł miarkując się Bruno — byłożby to prawdą w samej rzeczy? Przecież wczoraj jeszcze tutaj świnię widziałem. Zali1168 chcesz we mnie wmówić, figlarzu, że na skrzydłach stąd uciekła?
— Ależ jest, jak powiadam! — wrzasnął Calandrino.