— Jestże to możliwe? — rzekł Bruno. — Byłaby to prawdziwa bieda!

— I jaka jeszcze! — jęknął rozpaczliwie Calandrino. — O ja nieszczęśliwy, jakże do domu powrócę! Moja żona mi nie uwierzy, a choćby i uwierzyła, gorzkie za to będę miał życie przez rok cały!

— Ha!... — odezwał się poważnym głosem Bruno. — Pojmuję, że ci przykro być musi, jeśli w istocie tak się stało. Jednakoż trudno mi w to uwierzyć, bo wszak sam dawałem ci wczoraj radę, abyś odegrał taką rolę, jaką właśnie grasz dzisiaj. Zdaje mi się tedy, że chciałbyś teraz żonę swoją i nas zarazem w pole wywieść.

Calandrino, do ostateczności przywiedziony, zawołał:

— Zali chcesz, abym z rozpaczy Bogu i świętym Pańskim bluźnił? Mówię ci, człeku, najświętszą prawdę, że mi świnię w nocy ukradziono.

— Kiedy tak — rzekł Buffalmacco — to nie ma co rąk zakładać, trzeba jeno1169 poszukać sposobu na odzyskanie twojej straty.

— Otóż to właśnie! — zawołał Calandrino. — Aliści nie widzę żadnego sposobu.

— Powoli, powoli — rzekł Buffalmacco. — Przecież nikt z Indyj po twoją świnię nie przyszedł. Musiał ją ściągnąć któryś z naszych sąsiadów. Dalibóg, gdybyś tylko ich zebrać potrafił, to przy pomocy zaczarowanego chleba i sera zaraz dowiedzielibyśmy się, kto cię obrabował.

— Zali mniemasz — przerwał Bruno — że ty tylko jeden wiesz o tym sposobie? Znany on jest niewątpliwie niejednemu z sąsiadów, tak iż nikt już nań się złapać nie da... Możemy natomiast inną próbę uczynić.

— Jaką? — spytał Buffalmacco.