Może warunki reprodukcji były niedostateczne?... A jeśli tak, może należy je spotęgować?... Tu rozszalałe kolo myśli zatrzymało się na chwilę. Dreszcz grozy wstrząsnął całym ciałem, Szafera zawahał się przed wyciągnięciem ostatecznych wniosków... Lecz nie długo. Przemożny czar zaświatów przełamał bariery skrupułów i powlókł go za sobą na szlaki zatracenia. Naczelnik stacji postanowił spowodować nowy karambol, który miał go obdarzyć choć na chwil parę wizją jasnowłosej dziewczyny.
Zbrodniczy pomysł dojrzał w ciągu jednej bezsennej nocy. Wśród poświstów jesiennego wichru i szmeru telegraficznych aparatów. Był prosty i łatwy do wykonania. Wystarczyło zatrzymać jeden pociąg trochę dłużej w Zakliczu, a równocześnie nadać do Pochmarza depeszę pozwalającą na wymarsz drugiemu kursującemu po tym samym torze. Kwestia 10 minut. Zderzenie było nieuniknione.
Do realizacji planu przystąpił Szatera śmiało i energicznie. Wybrał dzień pochmurny, październikowy, rozjęczony skargami wiatru i osowiałego ptactwa.
Koło godziny piątej po południu, gdy już zmierzch zarzucił na ziemię czarne swe więcierze, objął Szatera służbę po asystencie. W 20 minut potem nadjechał osobowy z Rakszawy. Naczelnik wyszedł przed peron, zlustrował spokojnym spojrzeniem wozy. Przeczekał odbiór poczty, i nie dając znaku do odjazdu, wrócił do biura stacyjnego.
Stąd przez szybę mógł śledzić wygodnie sytuację.
Wkrótce objawiło się wśród funkcjonariuszy pewne zniecierpliwienie. Konduktorowie pozamykawszy drzwi wagonów, podnosili raz po raz w górę latarki na "odjazd", kierownik pociągu z trąbką przy ustach czyhał na powrót naczelnika i wyzwalający gest jego ręki...
A czas był już najwyższy. Za 10 minut miał zajechać na ten sam tor pośpieszny z Pochmarza. Dziesięć minut! Właśnie tyle czasu, ile potrzeba było pospiesznemu do przebycia przestrzeni dzielącej obie stacje, a osobowemu, by dotrzeć do punktu najbliższego rozwidlenia torów i stąd zboczyć na bezpieczną już linię.
Lecz naczelnik stacji nie wychodził z biura. Żelazna jego wola rozdwoiła się i zaczęła operować na dwa fronty: tu trzymał na uwięzi zrywający się już do lotu pociąg, tam sięgał zbrodniczą ręką po taster aparatu, by wysłać zgubną depeszę do stacji w Pochmarzu...
Ujął w palce guzik przyrządu nadawczego i przycisnął...
Nagle ręka zdrętwiała. Sparaliżowane przez ciemną siłę ramię znieruchomiało w pozycji nadanej mu przed chwilą. Szczególna senność omotała zmysły, dziwny bezwład skrępował członki. Czuł, jak coś w nim wyodrębnia się, wyłącza, wyzwala. Wpatrzył się szklanem spojrzeniem w szybę okna i ujrzał na peronie swoją własną postać... Zmierzała szybko ku przodowi pociągu, w krąg świateł rzuconych przez stacyjne latarnie i nagle podniosła w górę rękę... Zabrzmiał nerwowy odzew trąbki i pociąg ruszył...