Przez szybę okna widział, jak wagony skwapliwie zanurzają się w ciemność, jak maszyna, chcąc nadrobić spóźnienie, pruje przestrzeń w przyspieszonym tempie, jak wypuszczony z uwięzi pociąg umyka, co pary w tłokach, z niebezpiecznego postoju... Ocalony!...
Szatera ocknął się jakby z głębokiego uśpienia Wyzwolone z drętwoty palce chwyciły nerwowo główkę aparatu i podjęły przerwaną czynność... Zaczęły bić sygnały. Naczelnik odjął rękę od przyrządu i jak wicher wypadł na peron.
— Dlaczego osobowy z Rakszawy już odszedł? — zapytał groźnie pierwszego z brzegu funkcjonariusza.
Nie rozumiem, panie naczelniku — brzmiała odpowiedź.
Jak to, "nie rozumiesz"? — wrzasnął niemal wyprowadzony z równowagi Szatera — pytam się, kto puścił osobowy ze stacji?
Podurzędnik wpatrywał się w przełożonego zdumionymi oczyma.
— Pan naczelnik był sam przy ekspediowaniu pociągu — wyjąkał wreszcie, nie rozumiejąc, o co właściwie chodzi.
— Ja puściłem ten pociąg? Ja? Ja sam?...
To niemożliwe.
— Jeszcze parę minut temu sam widziałem na własne oczy. Stał pan naczelnik tam, pod tą latarnią i dał znak do odjazdu. Całe szczęście, że jeszcze w porę. Pociąg i tak przytrzymano na stacji o pięć minut za długo. Pospiesznego z Pochmarza tylko co nie widać. Biły już sygnały wyjazdowe.