Pan Agapit Kluczka, z zawodu mundant sądowy, był namiętnym zwolennikiem kolei i podróży. Środowisko kolejowe działało nań jak narkotyk, wstrząsało całym jego jestestwem do głębi. Zapach dymu, lokomotyw, kwaśna woń gazu świetlnego, specyficzny zaduch kopciu i sadzy rozlany w korytarzach stacyjnych przyprawiały go o słodki zawrót głowy, mąciły przytomność i jasność myślenia. Gdyby nie lichy stan zdrowia, byłby został konduktorem, by bez przerwy jeździć z jednego końca kraju w drugi. Zazdrościł też niezmiernie funkcjonariuszom kolejowym tej ciągłej nerwicy, tego wiecznego przerzucania się z pociągu na "ziemie", z "ziemi" na pociąg, niekończącej się nigdy, aż do grobowej deski jazdy i jazdy bez wytchnienia. Niestety los przykuł go do zielonego stolika i związał szpagatem nudy ze stosami zapylonych aktów i papierów. Pisarz sądowy...
Spojrzał raz jeszcze w głąb swej portmonetki i z gorzkim uśmiechem wsunął ją z powrotem do kieszeni.
— 30 zł. — wyszeptał z westchnieniem — a dziś dopiero 5-go. Gdyby nie te przeklęte pieniądze byłbym dziś jeszcze przed nocą w Kostrzanach wraz z tymi szczęśliwcami.
Wyobraźnia przeniosła go jednym rzutem w gwarne środowisko dworca w Kostrzanach, nurzając się w zgiełku głosów, chaosie sygnałów i dreszczach dzwonków. Spod przymkniętych powiek wytoczyły się powoli dwie duże, ciche łzy i spadły na rudawe wąsiki... Nagle oprzytomniał. Otarł szybko oczy, podkręcił wąsa i poprawiwszy się na kanapce, zaczął rozglądać się po poczekalni. Wkoło panowała typowa nuda dworców rozziewana czekaniem, zszarzała monotonią powtórzeń. Ciszę sali przerywł chyba od czasu do czasu suchy kaszel jakiegoś suchotnika, ciężki, wlokący się chód znudzonego "gościa" lub szept "grzecznych" dzieci spod okna pytających o coś rodziców. Poza szybami okien przesuwały się chwilami postacie funkcjonariuszy, mignęła czerwona plama czapki urzędnika ruchu. Gdzieś z oddali dochodził histeryczny świst szybującej za dworcem maszyny...
P. Agapit ześrodkował spojrzenie na najbliższym sąsiedzie z lewej, starym Żydzie — chałatniku drzemiącym od godziny w tej samej pozycji.
— Pan daleko? — zagaił rozmowę. Żyd, wydrążony z sennej zadumy, popatrzył nań niechętnie, ospale.
— Do Rajbrodu — ziewnął, gładząc długą, ryżą brodę.
— A więc na południe, w górską stronę. I ja również wybieram się w tamtym kierunku. Ładna partia! Same jary, lasy, podgórza. Lecz trzeba bardzo uważać w ciągu jazdy — dodał, przechodząc z entuzjazmu w ton przestrogi.
— A bo co? — zapytał zaniepokojony żydowin.
— Strona trochę niebezpieczna; zawsze to, widzi pan, lasy, góry, parowy. Podobno pojawiają się tam od czasu do czasu zbójcy.