— Aj, aj! — jęknął starozakonny.
— No — nie często — ale zawsze ostrożność nie zawadzi — uspokajał Kluczka — Najlepiej jechać w jednym z wagonów środkowych i to nie we wnętrzu przedziału lecz na korytarzu.
— Dlaczego, proszę pana?
— Łatwiej wydostać się w razie czego; krótsza droga. Przez okno hyc! w pole i basta.
P. Agapit ożywił się ogromnie i z błyszczącymi werwą oczyma zaczął roztaczać przed współpasażerem obrazy ewentualnych niebezpieczeństw, jakie mogą grozić podróżnym na tej przestrzeni. Kluczka "przechodził" przez tzw. "moment ostrzegawczy", innymi słowy "stał w znaku ostrzeżeń", jak lubił to u siebie określać. Było to pierwsze niby intermedium, które rozgrywało się zawsze w poczekalni, dokąd wracał po odbyciu pierwszej "symbolicznej podróży" do K. Zwyczajnie padał ofiarą tej złowieszczej konstelacji ducha pana Agapitowego najbliższy współtowarzysz lub towarzyszka podróży, których przypadek umieścił w jego pobliżu. Kluczka wysilał się na wymyślanie tysięcznych możliwych i niemożliwych niebezpieczeństw, które malował nader plastycznie z niewolącą ku sobie siłą sugestii. I nieraz osiągał efekt niebywały; parę razy zdarzyło mu się, że po takiej rozmowie niejedna przerażona jejmość rezygnowała z podróży, odkładając ją do "spokojniejszych czasów", lub też, gdy jazda była koniecznością nieuniknioną, z pobożnym westchnieniem wsuwała grubszy datek do skarbonki kolejowej z napisem: "Na intencję szczęśliwej podróży"...
Pobudki, jakie kierowały Kluczką w "stadium ostrzeżeń", były natury dość złożonej i niejasnej. Niewątpliwie pewną rolę odgrywało tu i pragnienie zemsty na tych "szczęśliwcach", jak nazywał podróżnych za to, że jadą "naprawdę" — pragnienie głęboko utajone w sercu, do którego by się niechętnie przyznał; równocześnie jednak wchodziło w grę i inne uczucie, nadając całemu splotowi nastrojowemu specjalne zabarwienie. Oto p. Agapit roztaczając przed oczyma swych ofiar obrazy ewentualnej grozy położenia, tym samym doznawał wraz z nimi intensywnych przeżyć na tle środowiska kolejowego i zdobywał w ten sposób jeden surogat jazdy więcej. Tak wchodził "moment ostrzegawczy" w kompleks tęsknot i wrażeń podróżniczych, o które przede wszystkim chodziło...
Stacyjny zegar wybił dźwięcznie godzinę szóstą. W sali wszczął się ruch. Z kątów wychyliły się senne postacie i otrząsłszy się z drzemoty, chwytały nerwowo za pakunki, zmierzając ku oszklonym drzwiom na peron.
P. Agapit urwał w połowie rozpoczęte zdanie, poprawił na sobie narzutkę, wyprostował się i elastycznym krokiem zbliżył się ku wyjściu. Portier ustępując pod naporem zniecierpliwionych gości, usunął się w głąb peronu. Tłum wylał się na zewnątrz, unosząc z sobą zdenerwowanego już Kluczkę. Przepychając się przez drzwi, spotkał p. Agapit ironiczne spojrzenie funkcjonariusza, lecz udał, że w roztargnieniu tego nie dostrzega.
— Jechał cię sęk! — pomyślał, wyprzedzając jakiegoś jegomościa. A już pociąg zajechał z brawurą przed stację i wyrzucał na boki długie, białe leje pary.
Ponieważ ścisk był tym razem mniejszy, p. Agapit "zdobył" łatwo wyborne miejsce w klasie I i rozsiadł się na czerwonym pluszu poduszek. Z powodu skrzyżowania z pośpiesznym z F. pociąg zatrzymał się w Snowiu dłużej niż zwykle i Kluczka mógł dobrej pół godziny oddawać się iluzjom "jazdy symbolicznej" w stronę gór. Lecz gdy już przeleciał mimo oczekiwany pospieszny i zniknął w dali wśród tumanów dymu, p. Agapit ściągnął nieznacznie z siatki walizę i ukradkiem wymknął się ku schodkom na zewnątrz. Gdy w minutę potem rozległ się pożegnalny jęk trąbki, zbiegł niespostrzeżony przez nikogo po stopniach w dół i znalazł się z powrotem w poczekalni. Po drodze okupił się ponownie jednym papierosem u p. Wawrzyszyna, portiera, który już zbyt natarczywie zaglądał mu w oczy. W ogóle musiał biedak co pewien czas opłacać się służbie kolejowej, by przez palce patrzyła na jego "wybryki". Znano go też powszechnie na dworcu pod przydomkiem "wiecznego pasażera" lub też drugim, mniej pochlebnym "nieszkodliwego bzika".