Tymczasem pociąg odjechał i rozpoczęło się drugie intermedium. Poczekalnia opustoszała zupełnie. Najbliższy pociąg osobowy w kierunku D. przychodził dopiero o 10 wieczorem; ludziom nie spieszyło się na dworzec.
Stację obsiadły przedwieczorna nuda i dumanie: rozpanoszyły się szare pajęczą przędzą po pustych ławkach, rozziewały po wnękach i kątach. Pod stropem sali błąkało się parę much, brzęcząc monotonnie i z dziwnym uporem okrążało duży, wisiorami strojny pająk. Poprzez okna rozbłysły na przestrzeni pierwsze ognie zwrotnic, wtargnęły świetlne strugi elektrycznych bań. W półmroku zamkniętej poczekalni snuła się samotna sylwetka sądowego pisarza, zgarbiona jakaś, zgięta, przybita nisko do ziemi...
Kluczka studiował w promieniu reflektora peronowego stary już, wystrzępiany rozkład jazdy, obliczał ceny biletów, wyszukiwał fikcyjne "połączenia" parowozów. W końcu z wypiekami na twarzy wyznaczył najdokładniej w świecie rutę, jaką obiecywał sobie odbyć "naprawdę" kolo Wielkiej Nocy po otrzymaniu dwutygodniowego urlopu i dodatku świątecznego do pensji.
Gdy kończył już obliczenia i przeglądał raz jeszcze drobnym, precyzyjnym "maczkiem" sporządzone notatki, nagle w sali pojaśniało; spod sufitu strzeliło pięć elektrycznych rac, ze ścian bluznęło parę jasnożółtych rzutów: poczekalnia przybrała atmosferę wieczorną. Klamka drzwi tylnych poruszyła się ku dołowi i do sali weszło paru podróżnych. Nastrój rozwiał się bezpowrotnie. Wszystko stało się jasne jak w biały dzień.
Pan Agapit zajął zwykłe miejsce obserwacyjne w cieniu pieca koło jakiejś niewiasty w wieku nieokreślonym. Osoba znać była nerwowa, wnosząc ze specjalnego tiku w kątach ust i ruchów wypadliwych. Kluczce zrobiło się nagle ogromnie jej żal i postanowił ukoić niespokojną sąsiadkę.
— Pani dobrodziejka — pochylił się ku damie, przybierając wyraz pełen niemal seraficznej słodyczy — prawdopodobnie bardzo poddaje się nastrojowi podróżniczemu?
Dama zaskoczona znienacka popatrzyła nań trochę obco.
— Po prostu — tłumaczył jedwabistym głosem p. Agapit — po prostu cierpi czcigodna pani na tzw. febrę kolejową. Znam to, łaskawa Pani. Znam aż nadto dobrze. Ja również do dziś dnia, chociaż niby w tej materii bywalec, nie mogę jakoś zapanować nad środowiskiem kolejowym. Działa na mnie ciągle z jednakową siłą.
Kobieta spojrzała łaskawiej.
— Istotnie czuję się trochę podniecona; może nie tyle czekającą mnie jazdą, ile niepewnością, jak sobie dam radę po przybyciu do celu. Nie znam zupełnie miejscowości, do której zmuszoną jestem jechać, nie wiem, do kogo się zwrócić, gdzie przenocować. Chodzi o pierwsze, nader przykre chwile bezpośrednio po przyjeździe.