Kluczka zmieszał się.
— Ależ nie, proszę pani. Proszę mnie nie uważać za agenta biura informacyjnego. Ja tylko tak z amatorstwa, z czysto idealnych pobudek.
Z kolei ją ogarnęło zakłopotanie.
— Przepraszam pana bardzo i jeszcze raz dziękuję.
Podała mu rękę, którą on po rycersku ucałował.
— Agapit Kluczka, "urzędnik" sądowy — przedstawił się, uchylając kapelusza.
Był w różowym humorze: stadium informacyjne wypadło dziś nadspodziewanie. To też gdy koło 10 rzucił portier w salę stentorowym głosem hasło do odjazdu, "wieczny pasażer" dokonał wszystkich swych symbolicznych ewolucji ze zdwojoną energią dwudziestokilkuletniego młodzieńca. A chociaż po ponownym nawrocie do poczekalni intermezzo trzecie nie zapowiadało się ponętnie, przecież górna temperatura nie opadła i dusza pana Agapita kołysała się słodkim wspomnieniem stadium drugiego.
Mimo to, dzisiejszej "turze" nie było sądzone szczęśliwe zakończenie. Bo gdy w dwie godziny później tj. po 12 w nocy usiłował Kluczka wśród niebywałego tłoku wedrzeć się z walizą do przedziału III klasy, nagle uczuł, że ktoś go silnie szarpnął za kołnierz i gwałtem ściąga ze stopnia. Oglądnąwszy się z pasją, ujrzał w świetle latarni śródtorowej rozgniewaną twarz konduktora i usłyszał w zgiełku głosów następującą apostrofę widocznie dla niego przeznaczoną:
— Wynoś się pan stąd do stu diabłów! Ścisk, że szpilki nie rzucisz, a ten bzik mimo wszystko pnie się po schodach jak opętany i roztrąca ludzi, by potem drugą stroną wyskoczyć w chwili odjazdu. Znam cię ptaszku nie od dzisiaj i mam już od dawna na oku! No, ruszaj stąd do stu piorunów, bo wezwę na pomoc żandarma! Nie ma czasu dzisiaj na zaspakajanie głupkowatych chętek wariatów! Odurzony, przestraszony do szpiku kości Kluczka ujrzał się niespodziewanie poza nawiasem pasażerów i jak pijany zatoczył się gdzieś pod słupy peronu.
— Dobrze ci tak — szeptał przez zaciśnięte zęby — po co było pchać się do III klasy zamiast do I lub II? Pośledni przedział, poślednia służba — zawsze ci to mówiłem. Poznać pana po cholewach.