— Aha, istotnie — zdumiał się Leszczyc, odczytując napis na przyczole podsienia peronowego. — To niby tyle co po polsku Ustroń. Piękna nazwa. Lecz skąd się wzięła na tym szlaku?
— I ja jej sobie w żaden sposób przypomnieć nie mogę, chociaż jako urodzony Genueńczyk znam te strony dokładnie.
— W moim rozkładzie jazdy też jej nie znalazłem.
— Zagadki, panowie, same zagadki.
Podeszli do grupy konduktorów opieszale wałęsających się po peronie.
— Dlaczego nie jedziemy dalej? Co spowodowało przerwę w ruchu?
Popatrzyli na pytających zdumieni, jakby nie rozumiejąc, o co właściwie idzie.
— A po cóż jechać dalej? — zdobył się wreszcie na odpowiedź jeden rezolutniejszy. — Albo nam tu źle? Spokój, cisza jak w raju.
— Istny przytułek, jak Boga mego kocham — unosił się drugi.
— I dlategoście zapewne pogasili już wasze latarki, jedyne szkła w tym dziwnym miejscu, które jeszcze przepuszczały światło białe?