Skwapliwie objąłem spojrzeniem tę małą przestrzeń, do której przystępu tak zazdrośnie bronił jej mieszkaniec. Ku swemu zdumienie niu[7] ujrzałem w środku nikogo. — Oprócz nas dwóch nie było w pokoju żywej duszy. A gdzie tamci, których cienie widziałem przed chwilą na oknie? Przez jedyne drzwi, jakiemi wszedłem, umknąć nie mogli, a innych nie było. — Spojrzałem uważnie na muślinowy ekran w nadziei, że cienie znikły.

Przypuszczenie jednak zawiodło: rysowały się nadal w nieruchomo groźnej wyrazistości. Brakowało tylko profilu środkowego, gdyż ten, jak trafnie zgadłem, należał do leśniczego; stojąc teraz za źródłem światła w głębi izby, nie rzucał Żręcki na zasłonę cienistej projekcyi swej twarzy.

Rozglądnąłem się ciekawie po pokoju. Był czworoboczny, niski, zadymiony pułapem. W pośrodku stał stół prostokątny krótszym bokiem równoległy do okna. Na nim tlała gorączkowym płomieniem mała lampka, kopcąc nierówno uciętym knotem. Przy stole, nieco bliżej okna przystawione do dłuższego boku było krzesło, które prawdopodobnie opuścił przed chwilą Żręcki, idąc mi otworzyć.

Bystra obserwacya, jakiej poddawałem izbę, nie uszła znać uwagi starego myśliwca. Widocznie chcąc mnie zająć czem innem, posadził tyłem do okna i począł rozpytywać o szczegóły mej rzekomo do zbyt późna przeciągniętej wyprawy łowieckiej. Zmyślałem, jak mogłem, opowiadając to o tem, to o owem. Stary zdjął z półki trochę upieczonej dziczyzny, ja wydobyłem z torby wędlinę, otworzyłem puzdro z likworami i zaczęliśmy się raczyć na prędce zaimprowizowaną wieczerzą.

Żręcki zrazu mocno zakłopotany i usilnie starający się oderwać mnie od wypatrywania szczegółów mieszkania, powoli ożywił się i jakby zapomniał o środkach dziwnej swej ostrożności. Rozmowa nasza przybrała charakter przyjacielski, serdeczny, padały słowa ciepłe, w pół drodze do zwierzeń.

Mając teraz więcej swobody, obróciłem się wygodnie ku oknu i wodziłem bacznem spojrzeniem po otoczeniu. Gospodarz zauważył uporczywe rzuty mych oczu wciąż skierowanych w tę stronę, lecz już nie przeszkadzał. Tylko chmura, jakby bolu, przeciągała od czasu do czasu po jego zbruzdżonem głęboko czole i smutek przewijał się po zawiędłych rysach. — Ja tymczasem kończyłem mą obserwacyę z pomyślnym wynikiem.

Niebawem przekonałem się, że ów złowieszczy obraz na zasłonie utworzyły cienie rzucane przez rozmaite przedmioty zawarte w pokoju. Było ich zresztą niewiele. Opodal stołu tuż przy lewej ramie okna stał duży dębowy kredens; sprzęt był w stosunku do pokoju za wielki tak, że wsunięty we węgieł między ścianami, górnem skrzydłem zachodził trochę za okno i zasłaniał jego brzeg lewy. Na szczycie ozdobionym rzezanymi wzorami widniało parę starych lichtarzy, jakiś przedmiot klejony z kartonu robiący wrażenie rzeczy przewróconej od jakiegoś rzutu i w tej nienaturalnej pozycyi pozostającej dotąd. Z tej strony sufitu zwisał też w pobliżu kredensu bronzowy pająk, zda się zabytek lepszych czasów, lub droga pamiątka dziwnie nie harmonizująca z otoczeniem; jedno jego ramię nadwerężone opadało nieco ku dołowi, trzymając się tylko drugim końcem właściwego trzona — jak ręka odchylona od piersi z rozstawionymi kurczowo palcami... Cienie wymienionych przedmiotów złożyły sie na utworzenie widmowego wizerunku człowieka ugodzonego na lewym brzegu zasłony.

Cienie zawieszonych na nim przedmiotów przez szczególne zestawienie linii nakreśliły śmiały profil strzelającego mężczyzny.

Zapatrzony w okropną igraszkę cieni, nie słuchałem już tego, co mówił Żręcki, jakby zahypnotyzowany wyjątkowością przypadku. — Czy starzec wiedział o dziwnym obrazie? A jeśli tak, dlaczego go tolerował?

A on jakby odpowiadając na tajemne pytanie, oparł mi ciężką rękę na ramieniu i zmienionym głosem wskazując rzutem oczu okno, zapytał: