Szedłem dalej. Grunt powoli jakby podnosił się, parów przechodził do jednakowego poziomu z polami. Wyczułem pod nogami zarosła trawą przykopę, która rozdzielała podwójny tor kolei.
Po czasie doszedł mię z prawej strony zapach czeremchy. Przyspieszyłem kroku wciągając z rozkoszą woń; była teraz mocniejsza i zmieszana z zapachem akacji: niewątpliwie zbliżałem się do jakiejś wsi lub dworu. Nade mną odezwał się rozłożysty szum drzew. Wytężyłem oczy w kierunku poszumu, lecz nie spostrzegłem nic: panowała bezwzględna, czarna jak kir oćma... Po twarzy musnęła mię mokra gałąź oblewając kaskadą kropel. Otarłem oczy i sięgnąłem ręką w górę, by pochwycić gałąź; zamiast niej palce objęły sztywne drewno sztachet.
Sad — pomyślałem z uczuciem radości — lub park dworski. W każdym razie znajdę przytułek na noc.
By nie stracić kontaktu, nie wypuszczałem już z rąk ogrodzenia, lecz ciągle posuwając się naprzód, prześlizgiwałem palce po drewnianych przęsłach, niby po nici przewodniej wśród mroków nocy. W pewnym miejscu sztachety ustąpiły odchylając się w głąb. Była furtka. Wszedłem i zamknąłem za sobą; w ciszy rozległ się wyraźnie skrzyp zardzewiałych zawiasów.
Szedłem jakąś aleją owianą ruchem drzew, które rosły po obu jej stronach; wkoło odzywał się szmer liści i łopot gałęzi miotanych na wietrze. Nie widziałem nic — nawet pnie drzew niewidzialnych zlewały się zupełnie z czernią nocy; nie wyodrębniał się ani jeden szczegół. Tak uszedłszy kilkaset kroków niespodziewanie uderzyłem głową o coś twardego; podniósłszy rękę w kierunku przeszkody przekonałem się, że były to sztachety. Więc ogród tutaj się kończył, widocznie ścieżka, którą szedłem, nie była główną i biegła wszerz. Przypuszczalny dwór czy zagroda leżały zatem u końca ścieżki głównej, która zapewne krzyżowała się gdzieś z dróżką obraną przypadkowo przeze mnie. Należało szukać punktu węzłowego ścieżek. Zawróciłem tedy i zacząłem posuwać się ostrożnie w kierunku, skąd przyszedłem. Lecz nie mogłem jakoś trafić na upragnioną drogę, która według mych domysłów miała zaprowadzić do domu. Poszukiwania spełzły na niczym; po kilkunastu minutach drogi znalazłem się z powrotem u furtki. Zrozpaczony niepowodzeniem, przemokły do nitki, podjąłem trud od nowa, postanawiając teraz iść tylko brzegiem prawym i najpierw przepatrzyć jak najdokładniej tę stronę. Zaledwie uszedłem parę kroków, potknąłem się o jakiś wystający pniak; padając, odruchowo wyciągnąłem ramię, by uchwycić się drzewa lub krzaku. Wtedy zamiast pnia ręka natrafiła na węgieł jakiegoś budynku. Zatrzymałem się wodząc dłonią po jego ścianie. Była drewniana, zbita z nie „wygładzonych tarcic. Tak namacałem drzwi zamknięte na kołek...
Zawahałem się: wejść czy szukać dalej?
Chyba dworem ta buda być nie mogła?
Rozstrzygnęło ogromne znużenie. Nagle uczułem, że dalej Już iść nie zdołam. Dreszcz gorączki wstrząsał mną już od chwili. Zapukałem. Z wnętrza nikt nie odpowiedział. Przyłożyłem ucho do ściany, nasłuchując. Cisza zupełna. Zniecierpliwiony, wyrwałem kołek i całym sobą pchnąłem drzwi. Otworzyły się bez oporu.
Uczułem woń świeżego siana i zgaszonych świec.
Szczególna kombinacja — pomyślałem zamykając za sobą skwapliwie wejście.