— Dobry wieczór! — odezwałem się głośno.
— Dobry wieczór! — odpowiedziało echo. Przestrzeń, do której wszedłem, była pustą. Głos dudnił jak w beczce.
Potarłem zapałkę jedną, drugą — niestety odmówiły posłuszeństwa; przemokły wraz ze mną. Trzeba było zrezygnować ze światła. Po omacku przesunąłem się wzdłuż ścian, potykając ich powierzchni. W drugiej z rzędu wnęce zatrzymał mnie jakiś przedmiot, który potrącony nogą zadudnił głucho. Chciałem go wyminąć i pójść dalej, lecz ręka trafiła na próżnię i wpadłem w jakieś wnętrze. Sprzęt był widocznie wydrążony.
Co u licha? — pomyślałem czepiając się wystającego brzegu. — Niecka czy koryto?
Wreszcie wydobyłem się na zewnątrz. Zrobiło mi się nagle jakoś nieswojo.
— Gdzie jestem? — krzyknąłem na cały głos. Milczenie. Stałem łowiąc uchem śmiertelną ciszę. Najlżejszy oddech nie mącił głuszy nocy. Słyszałem tylko przyspieszone uderzenia własnego serca...
Podjąłem wędrówkę po izbie. Po chwili nogi wplątały się jakieś chusty czy odzienie porzucone na podłodze. Schyliłem się, podniosłem. Był to podarty, wilgotny łachman, cuchnący zgnilizną i zapachem starych łojowych świec. Odrzuciłem go z obrzydzeniem. Znużony mózg snuł domysły na temat miejsca. Może buda sadownika dworskiego lub wyszły z użycia stebnik? Ponętna woń siana zwabiła mię ku środkowi izby.
Może będzie się można przespać na nim, choćby na podłodze?
Na poziomie piersi wyczułem nagle przeszkodę: jakiś stół czy pryczę zasłaną warstwą świeżego siana Wyciągnąwszy rękę błądziłem z lubością po wonnym podścielisku. Tapczan był nie zajęty: znalazłem łoże.
Bez namysłu zrzuciłem przemokłą bluzę i położywszy w głowach, wydłużyłem się rozkosznie na posłaniu.