— Manitu opuścił dzieci swoje. Puste są wigwamy plemienia Kwapnas, rdzą pokryły się tomahawki jego synów. Zapomniał o dzieciach swoich Kruk Yeszel i nie przynosi więcej w dziobie świętej wody. Nie słychać w puszczy stąpań wojowników — nie straszą wrogów ich gromkie okrzyki. Manitu wytracił pokolenie Kwapnu.

Zwiesił siwą głowę i patrzył tępo w ogień.

— Dlaczego siedzisz w dymnej chacie, stary wojowniku? — przerwał milczenie Heading. — Kto pozapalał ogniska w sadybach? Po co te dymy snujące się po całej wsi?

Oczy starca przybrały tajemniczy wyraz.

— Czarny Puma — odpowiedział wódz swym obrazowym stylem — jest ostatnim z wielkiego plemienia. Duchy jego wojowników odeszły już wszystkie do wielkich borów po tamtej stronie ziemi — a dusze błąkają się jeszcze po ukochanych wigwamach.

— Ciekawe zróżnicowanie — zauważyłem, zwracając się ku Benowi.

— Hm... istotnie — odparł nieprzejednany sceptyk — dziecinne brednie ludów na pierwotnym stopniu kultury.

— Jestem wprost przeciwnego zdania — odpowiedziałem, podejmując z zainteresowaniem rozmowę z Czarnym Pumą.

— Dlaczego Czarny Puma nie pali mokrych mokasynów?

Umyślnie zadałem to pytanie, chcąc upewnić się, że Indianin miał na myśli dusze zmarłych, które krajowcy odpędzają od osad, paląc stare, zmoczone obuwie.