— Dokąd idziesz, mój chłopcze?

— Szukam pracy.

— A umiesz czytać?

— Nie umiem ani czytać, ani pisać.

— Bardzo dobrze. Siadaj na koń, tuż za mną.

Kandyd wsiadł na konia nieznajomego i po wielu dniach wędrówki dotarli do otoczonego ogromnymi murami zamku. Nikt nie wyszedł ich powitać. Znaleźli się na opustoszałym dziedzińcu, po czym mężczyzna zaprowadził swojego konia do stajni. Następnie rzekł do Kandyda:

— Nie uświadczysz tu żywej duszy, ale nie obawiaj się, będziesz miał wszystko, czego zapragniesz, oraz dostaniesz sowite wynagrodzenie.

— Co będzie należało do moich obowiązków, panie?

— Tylko opieka nad moimi końmi. Jeszcze dzisiaj muszę wyruszyć w długą podróż, nie wrócę wcześniej niż za rok i jeden dzień. Zamek powierzam w twoje ręce. Żegnaj!

Następnie baron — bo taki tytuł nosił właściciel zamku — odjechał.