Kandyd dosiadł swojej klaczki i odjechał. Gdy tylko znaleźli się poza zamkiem, ta przemieniła się z powrotem w księżniczkę.
— Dziękuję, mój przyjacielu. Wróć do swojego ojca, ja tymczasem wrócę na dwór Korelandii, gdzie ty przybędziesz za rok i jeden dzień — rzekła i zniknęła.
Kandyd ruszył w stronę swojej rodzinnej wioski. Po wielu dniach dotarł do chaty i rzucił się w objęcia ojca, który ledwo go poznał.
— Jesteśmy bogaci, ojcze, cieszmy się naszymi pieniędzmi!
I pokazał mu sakiewkę, po czym przez dwa dni świętowali, ciesząc się dobrobytem. Wszystko jednakże ma swój koniec, również ich mały majątek stopniał do ostatniego skuda.
— Synu, znowu jesteśmy nędzarzami!
— Nie martw się, ojcze! Jutro z samego rana pójdziemy na targ i sprzedamy przepięknego konia.
— Konia? Ale skąd ja ci wezmę konia?
— Moja w tym głowa, jutro rano będziesz miał konia i dostaniesz za niego trzysta skudów, ale pamiętaj, że wodze nie są na sprzedaż.
— Przecież wodze zawsze oddaje się wraz ze zwierzęciem — zauważył ojciec.