Po pannę młodą przyjechał do pałacu orszak królewski. Macocha obwiesiła Gordianę kosztownościami, Serenę zaś zamknęła w cedrowej skrzyni.
Król wyszedł z pozłacanej karocy i uchylił drzwiczki, zapraszając oblubienicę do środka. Macocha zakryła uprzednio oblicze Gordiany gęstym welonem. Dziewczyna pozostawała jakby głucha na czułe słowa oblubieńca.
— Dlaczego narzeczona się do mnie nie odzywa?
— Wasza wysokość, moja córka jest nieśmiała.
— Ale przecież wczoraj była tak rozmowna...
— Podniosłość dzisiejszego dnia odbiera jej mowę...
Król spoglądał na przyszłą małżonkę z uczuciem.
— Sereno, zdejmij welon, pozwól mi cię choć na chwilę zobaczyć.
— To niemożliwe, wasza wysokość — wtrąciła się macocha — panujący w karocy chłód jej zaszkodzi. Odsłoni lico zaraz po weselu.
Król począł się niepokoić.