— Dobry pies, dobry pies! — powiedział Placyd i pogłaskał zwierzę. Jednak ten nie dał się wcale udobruchać i dalej warczał.

— Ty nieszczęsny psie! — wymamrotał młodzieniec, zmuszony pracować bez chwili wytchnienia.

W południe pies wstał i ruszył w drogę powrotną na zamek, a Placyd, mocno zrezygnowany, poszedł w ślad za nim. Na obiad podano mu zupę z czarnego chleba. Jeszcze nie wziął pierwszego kęsa do ust, a dzieci zaczęły krzyczeć.

— Placydzie — rzekł do niego baron — zabierz je na spacer.

Placyd przerwał posiłek i wyszedł z małymi urwisami. Po powrocie nie zastał już niczego do jedzenia.

— Gdzie jest moja zupa? — zapytał nieśmiało.

— Twoją zupę zjadł pies. Czyżbyś się niecierpliwił?

— Skądże! Post mi dobrze zrobi. Zresztą już wiele razy pościłem.

Następnie, wciąż pilnowany przez psa, wrócił do pracy na pastwisko. A wieczorem hałasująca gawiedź znów przerwała mu posiłek.

— Zabierz je na spacer! — rozkazał baron.