— Musisz przynieść mi tamtą pestkę!
— Odnajdę ją i przyniosę!
Sansonetto wrócił do pałacu. Lecz jak tu odnaleźć taki drobiazg sprzed czterech lat? Wziął pierwszą lepszą pestkę i zaniósł ją staruszce do lasu. Kobiecina wyglądała przez oko swej chatki.
— Mój drogi, to nie ta! Na tamtej były wyryte słowa, które tylko ja znam...
Królewicz pojął wnet, że nic nie wskóra szalbierstwem, wrócił do pałacu, pożegnał się z rodzicami i wyruszył na poszukiwania magicznej pestki.
Przypomniał sobie — choć mgliste to było wspomnienie — że pestka wpadła do płynącego wzdłuż ulicy strumyczka. Szedł aż do miejsca, w którym wpływał on do potoku. Stanął i przygnębiony patrzył na spienioną wodę. Nad jego głową zatrzymała się ważka, mieniąc się szmaragdowym blaskiem.
— Cóż ci jest, dziecko?
Nazwała go dzieckiem! Ależ on szybko malał! Sansonetto westchnął:
— A to mi jest, że jestem coraz młodszy!
— To jeszcze nic złego!