Sansonetto celował w jego głowę, podskakując na swoim narowistym rumaku. Dwa razy prawie mu się powiodło, lecz tak za pierwszym, jak i za drugim razem potwór schylił się, podniósł głowę i osadził ją na potężnych ramionach. W końcu królewiczowi się poszczęściło i ściął olbrzymowi łeb. Zeskoczył prędko na ziemię, by pchnąć go na skraj zbocza i stoczyć w dół doliny. Zaczął gorączkowo szukać zielonego włosa w rudej czuprynie. Za plecami słyszał biegnącego po omacku wielkoluda. Potwór był coraz bliżej, a chłopiec nie mógł znaleźć śmiertelnego włosa. Dobył miecza i kilkoma ciosami ściął całą czuprynę wraz z zielonym włosem. Głowa potwora zbielała, oczy uciekły z wyrazem przerażenia w głąb czaszki i olbrzym z głuchym łomotem padł jak długi na ziemię. Był już martwy.
IV
Od tej pory Sansonetto mógł swobodnie przemierzać królestwo wielkoluda Marsilia. Szukał pestki w ogrodach, w końcu odnalazł miejsce wskazane przez flaminga.
Od tamtej chwili upłynęło jednak pięć lat i z pestki wyrosła potężna czereśnia, obfitująca w bordowe, błyszczące niczym rubiny owoce.
Sansonetto zjadł jeden z nich, później następny i następny. Przyglądał się wszystkim pestkom, a każda z nich nosiła napis: „ziarno zuchwalstwa”.
Nagle królewicz poczuł jakby zawroty głowy i zmrużył oczy.
Przebudził się już przed chatką Nochatej Wieszczki, która stała w oknie i się uśmiechała.
Zauważył nagle, że był znów sobą, jak w dzień przed planowanym ślubem, jego ciało wróciło do niegdysiejszej postaci — odzyskał wzrost młodzieńca i delikatny, jasny wąs. Postąpił kilka kroków i okazało się, że znów chodzi do przodu, a nie wspak.
— Odkupiłeś swoje winy — powiedziała staruszka. — Zachowaj pestki drzewa, które cię ocaliło i zasadź je w twoich ogrodach.
— Dziękuję, babciu!