Pod wieczór zabłądził w gąszczu stuletnich drzew, paproci, wrzosów i ostrokrzewu. Zapewne były to posiadłości ziemskie jakiegoś szlachcica, na co wskazywał chociażby czerwony pal z czarnym napisem zakazującym polowania. Księcia zmogło zmęczenie, przysiadł więc, żeby podziwiać, jak ostatnie promienie słoneczne łaskoczą liście paproci. Nagle coś zaszeleściło i mignął mu przed oczami kłusownik. Mężczyzna rzucił w kierunku księcia dwa martwe bażanty i wielką żelazną pułapkę z powyginanymi zębami. Młodzieniec chwycił oba piękne, lśniące, dorodne ptaki i spojrzał z przerażeniem na śmiercionośne narzędzie. Jeszcze nie zdążył otrząsnąć się z zaskoczenia, gdy ogłuszony przeraźliwym krzykiem padł powalony na ziemię. Złapał go gajowy, przekonany, że w końcu znalazł kłusownika, który od dłuższego czasu pustoszył okoliczne tereny i pozbawiał je zwierzyny:
— Mam cię, ty łobuzie! Teraz dostaniesz za swoje!
Młodzieniec aż zadrżał z oburzenia, słowa tej obelgi obudziły w nim odziedziczone po przodkach pokłady książęcej dumy i rzekł:
— Zaszła pomyłka! Jestem księciem San Fiorino.
Gajowy wybuchł gromkim śmiechem, wszak trudno mu było uwierzyć, że stojący przed nim boso, bez okrycia głowy i w porwanych na strzępy spodniach chłopak może być księciem!
— Spryciarz z ciebie, a taki młody! Ale chyba nie sądzisz, że uwierzę w takie koszałki-opałki?
Gajowy złapał księcia jedną ręką, a drugą chwycił potrzask i bażanty, po czym triumfalnie wszedł na podwórze gospodarstwa.
Na podwórzu zebrała się gromada kobiet.
— Od dawna szukałem tego łobuza! Udało mi się go wreszcie złapać na gorącym uczynku!
— Ale on mały! — wykrzyknęły kobiety.