Pamiętnik Justyny
Gdy Justyna1 przyjechała do Krakowa2, cała maszyna była już puszczona w ruch. Uderzyło ją to w pierwszej chwili, gdy dostała się do dzielnicy.
Przyjechała strudzona i wyczerpana po całotygodniowych tarapatach. Od kilku dni w ciągłych rozjazdach, noc w noc w innej miejscowości, przy tym co dzień wstawać przed świtem, kilometry przebywać pieszo — i żyć w bezustannym napięciu nerwowym. Z otoczonego policją miasteczka musiała wyciągać z narażeniem życia swoich najbliższych, którzy sami już poradzić sobie nie zdołali. Więc najpierw Witka3, potem matkę starą, aż wreszcie, w ostatniej już niemal chwili — rodziców Marka4. Trwało to kilka zaledwie dni; wysiłek ten był tak wielki, ciągłe niebezpieczeństwo tak poważne, że Justynę wyczerpało to ogromnie. Przy tym środki lokomocji, utrudnione połączenia, dziesiątki kilometrów przebywanych furmanką i dorożką, to znów dla kontrastu motocyklem, wyczekiwanie godzinami na stacjach kolejowych, po nieprzespanych nocach, przy ciągłym strachu o swoich najdroższych, których się musi, musi ratować — wszystko to razem sprawiło, że Justyna, choć szczęśliwa i pełna zdrowego samopoczucia, z trudem dowlokła się na spuchniętych nogach do dzielnicy. Oczy miała podkrążone, twarz dziwnie bladą i tylko jedno w niej było marzenie: położyć się do łóżka i spać, spać choćby tydzień cały. Ale gdy tylko zbliżyła się do drutów kolczastych i gdy usłyszała gwar, bijący z gęsto zarojonych ulic, gorąca fala uczucia napłynęła do serca i zmęczenie prysło jak bańka mydlana. Już zza kolczastej balustrady wyzierała do niej ta i owa znajoma twarz, zresztą wszystkie te znękane oblicza były dziwnie drogie i bliskie. Więc też ogarnęła ją gorąca chęć uściśnięcia tych wszystkich, których nie widziała od roku blisko, i tych, z którymi rozstała się przed tygodniem zaledwie.
Jakże rojno było teraz w Krakowie! Ta dzielnica, która przed miesiącem zaledwie przeżyła największą burzę, skąd uciekano na wszystkie możliwe strony, stała się teraz gwarnym schroniskiem, do którego, niby do bezpiecznego azylu, uciekali ludzie z najrozmaitszych miast. I słusznie stał się Kraków centralną siedzibą ruchu, bo w tej chwili nie było już więcej żadnego punktu. Ostatnia fala wysiedleń zmiotła do reszty wszystkie ostatnie skupienia. Tylko że — nauczeni doświadczeniem — ludzie nie czekali już na ostatnią chwilę, ratowali się, póki czas. Więc gdy się szło ulicą i raz po raz napotykało dawne znane twarze, mimo woli chciało się pytać: „A ty skąd się uratowałeś?”.
Bo tak też było istotnie. To, co Justyna przeżyła w ciągu ostatniego tygodnia, to samo przeżywali wszyscy inni, uciekając z oblężonych miast — i to dokąd? Do drugiego, które za dzień, dwa spotykał ten sam los. Więc uciekało się ze wsi do miasta, a w kilka dni z miasta do miasteczka, a gdy znów „akcja”5 ustała, zakradło się do miasta z powrotem. Już nikt nie miał wątpliwości, że to był ratunek tymczasowy, że tak długo będą w kółko uciekać tam i z powrotem, aż sił zabraknie albo ostatnie pieniądze się wyczerpią lub — co też było najpewniejsze — „akcja” zaskoczy ich gdzieś nieprzygotowanych. Ale ratowali się mimo tej pewności, że to tylko na tydzień lub dwa przedłużają sobie życie. I może nie czynili tego dla samej chęci życia. Szczerze mówiąc, wszystkim już życie obrzydło, wszyscy mieli już dość tej ciągłej, panicznej ucieczki. I nieraz przyłapywali się na ukrytym pragnieniu, by to się wreszcie skończyło, by ich raz zaskoczyło nagle, niespodziewanie, tak, by nie wyrzucać sobie, że się poddali. Ot, tego nie chcieli jedynie: poddać się.
„Wpadniemy w ich ręce wcześniej czy później — mawiali starsi, już zrezygnowani mężczyźni — ale nie musimy im przynajmniej ułatwiać roboty. Niech nas ścigają, żeby im przynajmniej trochę nerwów napsuć, aż nas złapią w pułapkę”.
Jeszcze w nich nie było bojowego ducha, który chciałby wrogowi stawić męski opór. Ale czemu się dziwić? Kto wraz z nimi nie przeżył trzech lat pomiatania, poniżania, szczucia i ciągłego chwytania się kurczowo życia, ten mógł ich z wyżyn swego wygodnego dobrobytu potępiać. Ale gdyby zajrzeć w te zamroczone dusze, zrezygnowane i obolałe, gdyby przez godzinę żyć w tej czarnej beznadziei i wiedzieć, że to wszystko i tak jest bezcelowe, że u kresu tego wszystkiego i tak wypisana jest ohydnymi zgłoskami śmierć, musiałoby się wtedy czuć tak jak i oni i powiedziawszy sobie: „niech będzie, co być ma” — czekać, aż to nastąpi. Inaczej było z młodymi. W nich się naprawdę rwało do życia i nie chcieli się poddać za nic. A ta chęć życia właśnie parła ich do czynnego oporu. To było istotnie ciekawe. Bo, pragnąc życia, nade wszystko gotowi byli pójść do walki, która przecież prowadziła na pewną śmierć. To była w nich ta niespożyta siła młodości, ta żywotność, która wzmagała się, im cięższy był ich los.
Więc też, uciekając przed wysiedleniem, wszyscy kierowali się na Kraków. Nie wiedzieli jeszcze nic o nowej decyzji. Żadnych okólników ani listów nie wysyłano przecież w tej sprawie. Ale wszyscy na odległość wyczuwali, że teraz się musi coś rozpocząć w ruchu i że tam, w Krakowie, na pewno się coś gotuje.
Toteż gdy Justyna w niedzielę przed wieczorem weszła do dzielnicy, otoczył ją krąg jakiś swojski i domowy i czuła, że tu jest jej miejsce. Ani śladu uczucia bezdomności — uciekła przecież przed wysiedleniem — tylko poczucie bezpieczeństwa i — o ironio! — radości, że jest wreszcie wśród swoich. Było ciepło i miło, więc tłumy ludzi wyległy na ulicę i gwar się niósł między wysokimi domami. Ktoś Justynę prowadził przez wąską bramkę, ktoś ją ujął pod ramię i pomógł wlec się na obolałych nogach, a ona pozwoliła prowadzić się jak małe dziecko.
Nawet nie wiedziała, kogo spotkała zaraz na wstępie: wszystkie twarze zlały się w jedną, serdeczną całość i tak jej pozostały w pamięci. Słyszała słowa, gorące słowa powitania i było jej tak dobrze jak nigdy.