— Czy pan gotów jest przysiąc?
Zaparło mi oddech.
— Tak, każdej chwili.
— Dobrze. Hm.
Zapanowała dłuższa przerwa, podczas której radca policyjny zdawał się coś z wysiłkiem kombinować.
Gdy znów spojrzał na mnie, komedianckie rozżalenie ułożyło mu się na gębie. Mimo woli przypomniał mi się Charousek, gdy pan radca naraz zaczął od łez wzruszonym głosem:
— Mnie może pan to przecie powiedzieć, Atanazy — mnie, staremu przyjacielowi twego ojca — mnie, com pana nosił na ręku — ledwie mogłem powstrzymać się od śmiechu, był co najwyżej o dziesięć lat starszy ode mnie — nieprawdaż, Atanazy, to była obrona konieczna?
Koźla twarz ukazała się znowu.
— Co za obrona konieczna? — zapytałem, nic nie rozumiejąc.
No — z tym — tym — — — Zottmanem! — krzyknął mi radca policyjny w twarz jakieś nazwisko.