Słowo to uderzyło mnie, jak cios zadany sztyletem: Zottman! Zottman! Zegarek! Nazwisko Zottman jest przecie wyryte w zegarku.
Czułem, jak cała krew spływa mi się w sercu. Przeraźliwy Wassertrum oddał mi zegarek, aby podejrzenie morderstwa rzucić na mnie.
W tej chwili radca policyjny zrzucił maskę: wyszczerzył zęby i wykręcał oczy.
— A więc przyznaje się pan do morderstwa, panie Pernath?
— To wszystko jest omyłka, straszliwa omyłka! Na miłość boską, wysłuchaj mnie pan. Mogę to panu wyjaśnić, panie radco policyjny — krzyknąłem.
— Udzieli mi pan teraz wszelkich wiadomości, dotyczących hrabiny? — przerwał gwałtownie. Zwracam uwagę pańską, że tym sposobem poprawi pan swoje położenie.
— Nie mogę mówić nic więcej, niż to, com powiedział. Hrabina jest niewinna.
Zagryzł wargi i zwrócił się w stronę koźlej twarzy.
— A więc pisz pan: Pernath przyznaje się do zabójstwa Karola Zottmana, urzędnika z Towarzystwa Ubezpieczeń.
Opanowała mnie wściekłość nieprzytomna.