— Jestem tutaj niestety już tak długo, że mi się wydaje, jakbym siedział sto lat — westchnąłem mimo woli, on zaś natychmiast przybrał minę współczującą.
— Życzę panu, aby pan tego nie doznał, panie Laponder. Ostatecznie z tego, co widzę, sądzę, że pan wkrótce znów się znajdzie na wolnej stopie.
— To zależy — odrzekł spokojnie, ale jakiś sens był dwuznaczny w jego słowach.
— Pan nie wierzy? — zapytałem z uśmiechem. Pokiwał głową.
— Jak ja to mam rozumieć? Cóż pan tak straszliwego popełnił? Wybacz pan, panie Laponder, nie ciekawość to z mojej strony, ale właśnie współczucie — że pytam.
Wahał się chwilę, potem rzekł, nawet nie drgnąwszy powieką:
— Morderstwo na tle seksualnym.
Zdawało mi się, jakby mnie ktoś pałką uderzył w głowę. — Ze wstrętu i zgrozy nie byłem w stanie wymówić słowa. — Laponder, zdaje się, zauważył to i dyskretnie spoglądał na stronę, ale najłagodniejsza gra rysów w jego automatycznie uśmiechniętej twarzy nie zdradzała, aby moja nagła zmiana zachowania się uraziła go w najmniejszym stopniu.
Nie zamieniliśmy już więcej ani słowa ze sobą — niemo spoglądaliśmy wzajem na siebie. — —
Gdy nastała ciemność, położyłem się na pryczy; i on natychmiast poszedł za moim przykładem; rozebrał się, starannie powiesił odzież na gwoździu w ścianie, rozciągnął się i, o ile sądzić było można z jego spokojnych, głębokich oddechów, natychmiast się pogrążył we śnie.