Wreszcie stałem na ulicy.
— Miriam! Miriam! Teraz na koniec znów się zobaczymy! — Powstrzymywałem w sobie okrzyk najdzikszego rozradowania.
Była zapewne północ. Księżyc w pełni toczył się, pozbawiony blasku, jak płowy477 talerz mosiężny, poza mgłą obłoków.
Ulice pokrywała gęsta, lepka warstwa błota.
Przywołałem dorożkę, która w oparach wyglądała jak połamany potwór przedpotopowy. Nogi mi odmawiały posłuszeństwa; prawie zapomniałem chodzić i chwiałem się jak tabetyk478 na bezwrażliwych podeszwach.
— Dorożkarzu, proszę mnie zawieść, jak możecie najprędzej, na Koguci Zaułek, numer 7. Czyście zrozumieli?
— Koguci Zaułek numer 7?
Wolny
Przejechawszy kilka metrów, dorożka się zatrzymała.