— Jak? krewny? skądże? Śmieszne przypuszczenie. Nie. Interesuję się nim tylko. Może pan jeszcze coś o nim wie? — mówiłem spokojnie, choć czułem, jak mi serce się zamraża.
— Jeżeli się nie mylę, to swego czasu uchodził on za wariata. Raz twierdził, że nazywa się — — niech pan zaczeka — — hm — tak! Luponder. — A potem znów podawał się za niejakiego — Charouska!
— Ani słowa prawdy! — wtrącił zezowaty. — Charousek żył rzeczywiście. Mój ojciec niejeden tysiąc florenów po nim odziedziczył.
— Co to za człowiek? — zapytuję półgłosem markiera.
— Jest to przewoźnik rzeczny, nazywa się Czamrda. — Co się tyczy Pernatha, to przypominam sobie tylko — albo przynajmniej sądzę, że on w późniejszych latach ożenił się z piękną, smagłocerą Żydówką.
— Miriam! — powiedziałem sobie i byłem tak podniecony, że ręce mi się zatrzęsły i więcej grać nie mogłem.
Przewoźnik się przeżegnał.
— Ale cóż to się z panem dziś dzieje, panie Czamrda? — pytał zdziwiony markier.
— Pernath nigdy nie żył! — krzyczy zezowaty. — Ja w to nie wierzę.
Natychmiast postawiłem temu człowiekowi koniak, aby był rozmowniejszy.