Nagle wynurza się przede mną dom na Staroszkolnej ulicy.
Każde okno znów rozpoznaję: pokrzywioną rynnę na dachu, kraty w oknach, gzymsy kamienne świecące jak tłuszcz słoniny.
— Kiedy ten dom się palił? — pytam zezowatego. Ze zdumienia zasyczał mi w uszy.
— Palił się? Nigdy!
— A jednak! Wiem na pewno.
— Nie palił się.
— A przecie ja wiem doskonale. Chce się pan założyć. O ile?
— O guldena.
— Zgoda! — I Czamrda wyprowadza dozorcę domu.
— Czy ten dom palił się kiedy?