— Ale skądże! — Dozorca śmiał się.
— Ja nie mogę w to żadną miarą uwierzyć.
— Już siedemdziesiąt lat tu mieszkam — zapewnia odźwierny — więc muszę o tym wiedzieć jak się patrzy511.
Szczególne, szczególne.
Czamrda przewozi mnie w swym czółnie, które się składa z ośmiu nieheblowanych desek; płynie w śmiesznych, skośnych, drgawkowych ruchach przez Wełtawę. Żółte wody pienią się dokoła drzewa. Dachy Hradczyna błyszczą czerwono w promieniach zorzy porannej. Jakieś nieopisanie uroczyste uczucie ogarnia mnie w pełni. Lekkie, zmierzchające uczucie jakiegoś poprzedniego żywota, jak gdyby świat był dokoła mnie zaczarowany; jakaś nieokreślona, niby w marzeniu sennym tkwiąca świadomość; jakobym żył być może w kilku miejscach naraz.
Wstaję.
— Ile jestem panu winien, panie Czamrda?
— Grajcara512. Gdyby pan mi pomagał wiosłować, to byłoby dwa grajcary.