Czy mógłbym to czymś upozorować? Czy nie byłoby to gorzej?
Zacząłem próbę.
— Miriam, proszę, niech mnie pani posłucha spokojnie. Proszę o to — winien jestem pani ojcu tak nieskończenie wiele — pani tego nie może ocenić.
Patrzyła na mnie niepewnie; widocznie nie rozumiała.
— Tak, tak: nieskończenie wiele. Więcej niż życie.
— Że on panu raz dopomógł, kiedy pan zemdlał? Ależ to rozumiało się samo przez się.
Czułem to: nie wiedziała, jaka nić mnie łączyła z jej ojcem. Ostrożnie badałem, jak daleko mogę iść, nie zdradzając tego, co on przed nią zamilczał.
— Daleko wyżej niż pomoc zewnętrzną — powiedziałem — należy cenić wewnętrzną. Myślę o pomocy, która promienieje z duchowego wpływu jednego człowieka na drugiego. Czy pani rozumie, co ja chcę, przez to powiedzieć, Miriam? — Można kogoś uleczyć duchowo, nie tylko cieleśnie, Miriam.
— I to właśnie —.
— I to właśnie uczynił dla mnie ojciec pani — ująłem ją za rękę. — czy więc pani nie rozumie, jakie to dla mnie musi być serdeczne życzenie — zgotować jakąś przyjemność jeżeli nie jemu, to przecież komuś, co stoi tak blisko niego, jak pani. Czy pani ma choćby najmniejsze zaufanie do mnie? Czyli nie ma pani żadnego życzenia, które mógłbym pani wypełnić?