Ozyrys jednak przychodził do mnie czasami. Cień jego uczynił mnie matką Harpokrata276.

Spogląda na dziecko.

To on! To jego oczy, to jego włosy, splecione w rogi baranie! Ty jego dzieła rozpoczniesz! Rozkwitniemy jak lotosy. Jam zawsze wielka Izyda. Nikt jeszcze nie podniósł mej zasłony. Mój owoc to słońce!...

Słońce wiosenne, chmury zasłaniają twe oblicze! Oddech Tyfona pożera piramidy. Widziałam właśnie, jak uciekał sfinks. Pędził jak szakal.

Szukam swych kapłanów, kapłanów w płaszczu lnianym, z wielkimi harfami w ręku, którzy nosili mistyczną łódkę, ozdobioną srebrnymi paterami. Już nie ma uroczystości na jeziorach! Już nie ma świateł barwnych w mej delcie! Już nie ma pucharów mleka w File277! Apis278 od dawna już się nie pokazał.

Egipcie! Egipcie! Wielcy twoi nieruchomi bogowie mają barki białe od gnoju ptaków, a wiatr, co po pustyni wyje, toczy prochy twych umarłych. Anubisie, strażniku cieniów, nie opuszczaj mnie!

Cynofeal omdlewa.

Izys potrząsa dzieckiem.

Ale... co ci jest? Twoje ręce zimne, głowa ci opada?

Harpokrat umiera.