Jam rozwinął na wzgórzach namioty Jakuba i karmiłem w piaskach mój lud uchodzący.

Jam spalił Sodomę! Jam pochłonął ziemię w potopie! Jam zatopił faraonów wraz z ich książęty, wojennymi wozy i wojskiem.

Bóg zazdrosny, jam nienawidził innych bogów. Jam deptał nieczystych, jam łamał dumnych. A spustoszenie pędziło na prawo i na lewo niby wielbłąd bez cugli puszczony na pole kukurydzy358.

Aby wyzwolić Izrael, wybierałem prostych ludzi. Anioły o skrzydłach ognistych mówiły do nich w krzakach.

Oblane aromatem nardu359, cynamonu i mirry, w sukniach przezroczystych i w trzewikach wysokich, niewiasty o sercu nieustraszonym zabijały wodzów nieprzyjacielskich.

Wicher porywał proroków.

Wypisałem swe prawo na tablicach kamiennych. Zamykało ono mój naród niby w twierdzy. Był to mój naród. Jam był jego Bóg. Ziemia była moja, ludzie moi wraz ze swymi myślami, ze swymi dziełami, z narzędziami pracy i potomstwem.

Arka moja spoczywała w sanktuarium podwójnym, poza purpurową zasłoną, wśród zapalonych świeczników. Miałem do usługi całe plemię, co bujało kadzidła, i wielkiego kapłana w szacie hiacyntowej, co nosił na piersiach drogie kamienie rozłożone w porządku symetrycznym.

Biada, biada! Święte świętych się otwarło, zasłona się rozdarła, aromaty ofiary całopalnej rozwiały się na cztery wiatry. Szakal skomle w mogiłach, świątynia moja w gruzy upadła360, a naród się rozpierzchnął po całej ziemi.

Zduszono kapłanów sznurami ich szat. Kobiety są w niewoli, a naczynia święte przetopiono!