— Ależ nie mam ci nic do powiedzenia.
Głosem stanowczym odrzekłem:
— To nieprawda. Ty jesteś chorym, chorym na serce zapewne i nie śmiesz nikomu wyjawić tej tajemnicy. Widoczne, że jakieś zmartwienie trawi cię. Mnie jednak powiesz. — Mów, czekam.
Zarumienił się jeszcze bardziej i szeptał, odwracając głowę:
— Ależ głupstwo! To ja jestem... to ja jestem waryat...
Widząc że milczy, zacząłem:
— No, zobaczymy, mów.
Wtedy gwałtownie, jak gdyby wyrzucał z siebie myśl go trapiącą, nie wyznaną jeszcze, zawołał:
— Ach, mam żonę, która mnie zabija, oto wszystko.
Nic nie rozumiałem.