— O proboszcza? Po co?
— Zaproś go na kolacyę i poproś, żeby przyprowadził kobietę.
— Proboszcz! Kobietę! Ach! Ach!
Marchas, z nadzwyczajną jednak powagą, mówił dalej:
— Ja się z tego nie śmieję. Poszukaj proboszcza i przedstaw mu nasze położenie. Zapewne nudzi się wściekle, to przyjdzie, powiedz mu jednak, że musimy mieć przynajmniej jedną kobietę, kobietę comme il faut, rozumie się, jesteśmy bowiem wszyscy chłopcy zacnego rodu. Powinien znać na palcach swoje parafianki. Jeśli jest między niemi jaka możliwa dla nas, a dobrze weźmiesz się do tej sprawy, z pewnością ci nie odmówi.
— O czem ty właściwie myślisz Marchas?
— Mój drogi Garens, ty potrafisz dobrze się z tym załatwić. Będzie to nawet bardzo zabawne. Umiemy żyć, do kroćset! Będzie to oznaką wielkiej dystynkcyi, nadzwyczajnego szyku. Wymień nasze nazwiska proboszczowi, pobudź go do śmiechu, rozczul, oblaguj go, byłeś go zdecydował!
— Nie, to niemożliwe.
Przybliżył swój fotel, a że znał ten urwisz moje słabe strony, zaczął na nowo:
— Pomyśl sam co to będzie za doskonały kawał, co za zabawna rzecz do opowiadania. W całej armii będą mówili o tem. Zrobi ci to niebywałą reputacyę.