Chłopcy z ulic miasta
Chłopcy z ulic miasta
Ojciec Mańka i Felka jest już od roku bez pracy. „Fasują” bony, ale czy z tego można wyżyć? Żeby nie Maniek, który sprzedaje „Poranną” i Felek, który służy u jednej straganiarki, byłoby źle.
Matka Józka jest praczką, a ojczym robi w browarze. W domu jest co zjeść, ale na książki i na zeszyty ojczym nie chce dawać. Nie chce mu także niczego sprawić i matce nie pozwala. Więc Józek sprzedaje gazety, żeby sobie zarobić „na tę książkę czy bucik”.
Fed’kę macocha wygnała z chałupy i przyszedł do Lwowa „na służbę”. Sypia w piecu starej cegielni, myje ławki przekupkom na rynku, czeka przed dworcem na walizki — jak się da.
Pepi Glückauf ma tylko babkę. Babka martwi się bardzo, że „na to już przyszło”, że Pepi musi gazety sprzedawać. Bo oni są „z lepszej rodziny” i mieli własny domek za rogatką gródecką, a dziadek był kolejarzem. Kiedy Pepi wychodzi z domu, babka zawiązuje mu szalik naokoło szyi, żeby się nie przeziębił i zaklina go, by „nie zadawał się z łobuzami” i nie uczył brzydkich wyrazów.
A Kazik to nie ma nikogo na świecie, oprócz jakiegoś wujka w Glińsku, który „nie chce o nim nawet słyszeć”. Chłopcy mówią o Kaziku, że chodzi na „miaukoty”1, a nawet „na lewo”2, ale Kazik mówi, że to nieprawda.
Ciotkę Stefka zredukowali na poczcie i Stefek nie chodzi już do gimnazjum. Jest chłopcem na posyłki w jednym sklepie kolonialnym. Do świetlicy przychodzi, „bo można tu pożyczyć książkę i dowiedzieć się czegoś ciekawego”.
A Wacek jest łobuz — „zwyczajny łobuz”. Matka nie chce, żeby biegał z „Expresem”. Matka chce, żeby się uczył i na człowieka wyrósł. Ale Wacek lubi kino, czekoladę i papierosy.
Salek nie ma ojca, tylko sparaliżowaną matkę. Matka leży cały dzień sama, a ci ludzie, u których mieszkają kątem, „to są takie bez serca, że jej nawet tej szklanki wody nie podadzą”. Salek musi przed wyjściem zostawiać jej jedzenie przy łóżku. Salek sprzedaje „Poranną” i „Expres Wieczorny”, a oni mieszkają aż na Lewandówce3. Do domu nie może wrócić przed północą. Kupuje więc za pierwsze zarobione pieniądze, póki jeszcze sklepy są otwarte, duży bochenek chleba, czasem zaś trochę kaszy, herbaty czy cukru. A że nie może z tym przecie biegać po mieście, chowa to w sobie tylko wiadomej kryjówce, w śniegu, pod pomnikiem Mickiewicza.