Ale wszystkich chłopców niepodobna i tak wyliczyć, choć powinno się właściwie to zrobić, bo każdy jest inny. Są między nimi łobuzy i „porządni”, „miaukacze” i „honorowi”, pracowici i leniwi, uczciwi i „chodzący na lewo”.
Są tacy, którzy przychodzą do świetlicy tylko wtedy, gdy jest zimno albo gdy są głodni, i tacy, którzy czekają już na podwórzu na otwarcie i opuszczają świetlicę dopiero wieczorem. Tacy, którzy wpadają, by zmienić książki lub posłuchać pogadanki i tacy, których przyciągają tylko gry i zabawy. Był nawet jeden, który przychodził z powodu szuflady.
Zauważył, że w jednym stole jest pusta szuflada z kluczem i poprosił, żeby mu ją dać. Schował do niej zeszyt, sznurek, złamany scyzoryk, kawałek drutu i lankę. Zamknął ją na klucz i poszedł. I odtąd co dzień przychodził, sprawdzał, co w niej jest, zamykał i odchodził.
Widać, było mu przyjemnie posiadać własną szufladę...
Ale wszyscy chłopcy, wszyscy bez wyjątku, nawet ci najporządniejsi i najspokojniejsi brali udział w bójkach.
Bo z początku bójki wybuchały w świetlicy prawie codziennie.
I bito się nie „na żarty” i nie po to, żeby się „siłować”, ale — naprawdę.
Uderzano twardo, mocno, bezlitośnie. Pięścią w nos, głową o ścianę, kopnięciem w brzuch. I kiedy już jeden z chłopców leżał na ziemi, trudno było jeszcze oderwać od niego zwycięzcę.
Bito się pojedynczo albo grupkami: starsi z małymi, Polacy z Rusinami, Polacy i Rusini z Żydami, ci, którzy nosili czerwone czapki z tymi, którzy ich nie nosili. Rozmaicie.
Panna Joasia „dziwiła się bardzo”.