Panna Joasia „nie mogła tego zrozumieć”.
Przecież pojedynczo każdy z nich był bardzo „miłym” i „dobrym” chłopcem, nieróżniącym się niczym od wszystkich innych chłopców. Można z nim było pomówić o tym, jak powinno być urządzone życie w świetlicy, żeby wszystkim było dobrze i miło, i o „sprawiedliwości”, i o „braterstwie”, i o „koleżeństwie”. Ale wszyscy razem stawali się dziką i rozhukaną bandą, której nie można było poskromić inaczej niż siłą. I panna Joasia ze wstydem i żalem musiała przyznać, że o wiele więcej wpływu i posłuchu od niej miał pan Piotr, który nie mówił ani o koleżeństwie, ani o braterstwie, ale w krytycznych momentach chwytał zapaśników za kołnierze i tłukł ich o siebie tak długo, aż oświadczali, że „mają dość”. A wtedy orzekał: „Tak wyglądają dwa byki, które chcą się bóść”...
Panna Joasia była tym bardzo zrażona.
Ale panna Joasia nigdy nie sprzedawała gazet na ulicy.
Jeżeli zaś spojrzeć na te rzeczy z pewnego oddalenia — to cóż? Wydaje się nawet, że to dość wesołe zajęcie. Biegnie z paczką gazet i krzyczy sobie, ile dusza zapragnie, a po drodze to zaczepi kogoś wesołym lub zuchwałym żartem, to poślizga się po zmarzniętym rynsztoku, to wskoczy do tramwaju lub uczepi się dorożki.
Ale w rzeczywistości, ten „wesoły gazeciarz” nie jest wcale taki wesoły. Bo paczka gazet, którą niesie w ręku, ta paczka, tak lekka pozornie, gniecie nieznośnym ciężarem, jeśli pozostaje niesprzedana. Jego ochrypły krzyk staje się wówczas wołaniem rozpaczy i w późną noc, gdy przez ulice przewijają się nieliczni tylko przechodnie, zmarznięty, śmiertelnie znużony, zaczepia jeszcze:
— „Expres Wieczorny”!
Ale obok niego snuje się jak cień inny gazeciarz, który także „poluje” na ostatnich przechodniów.
Panna Joasia mówi — „koleżeństwo”.
Ale jeżeli gazety trzeba sprzedać i jeżeli tamten wchodzi ci w drogę? Najtrudniej to jest zawsze z tym koleżeństwem wtedy, kiedy na dwóch jest za mało chleba. I nawet w ogóle tam zaczyna się właściwie trudność.