— Bo niech pan sobie np. wyobrazi — tłumaczyli panu Stachowi starsi chłopcy — że na jednym rogu ulicy stoi ze swoimi pismami pan, a na drugim taki mały, sześcioletni miglanc4, okropnie zabawny w swojej czerwonej czapce z blachą.
I obydwaj sprzedajecie, on i pan — interes idzie.
Wtedy miglanc nie tylko panu nie przeszkadza, ale nawet śmieszy pana, a jeżeli jest zimno, to go panu żal i myśli pan: „biedny szkrab!”
A teraz wyobraź pan sobie, że tylko pan zarabia, a on nie. Mały jest i nie umie sprzedawać.
Stanął pod murem i maże się. Pewnie mu w domu skórę wygarbują. A pan sprzedał już tymczasem wszystkie swoje gazety.
Wtedy może nawet podejdzie pan do niego i wciśnie mu dziesiątkę w rękę: „na i nie becz!” A jeżeli jaki batiar5 będzie chciał go zaczepić, to go pan obroni.
No, jednym słowem, gdyby panna Joasia to widziała, miałaby się z czego cieszyć.
Ale przecież prawie zawsze bywa zupełnie inaczej: wszystkim jest żal dziecka i kupują tylko u małego. Kupują czasem nawet takie gazety, których nigdy by u dużego chłopca nie kupili. I nie tylko kupują, ale nawet dają napiwki.
A taki już jest „wypraktykowany”, że do każdego inne minki robi i inaczej oczkami zawraca. A kiedy ze sprzedanych gazet i napiwków uzbierał już tyle, że ma więcej, niż gdyby sprzedał wszystkie gazety, proponuje przechodniom:
— Dzisiejsza gazeta za 5 groszy! Niebywała okazja! Dzisiejsza gazeta za 5 groszy!