A pan stoi na swoim rogu zmarznięty na kość i schrypnięty od krzyku i — nic. Ani jednego pisma!

Wtedy, to już się panu nie będzie na śmiech, ani na czułość zbierało! Obejrzy się pan dobrze, czy jaki klient nie nadchodzi, da pan bachorowi w kark i: „won z mego rogu albo ci jeszcze lepiej przyłożę!”

A jak panu bardzo głód dokuczy i zmarzł pan, a nie ma pan pięćdziesięciu groszy na nocleg, to się jeszcze pan z nim pieniędzmi „podzieli”. A potem bachor się w świetlicy skarży, a panna Joasia się dziwi...

Młodsi zaś chłopcy to znowu tłumaczyli panu Stachowi tak:

— Taki starszy chłopak to myśli, że jemu trzeba we wszystkim ustąpić, bo przecież on większy i silniejszy. Wystarczy im się tylko przyjrzeć w świetlicy, a zaraz pan zmiarkuje, jaka jest ich sprawiedliwość.

Jeżeli jest jaka ciekawsza gra albo książka, to sobie zabierają, niby że dla małych za trudna. I nie daj Boże, żeby im ktoś co ruszył!

Ale jak mali dostali piłkę, to im odebrali i zrobili sobie z niej football.

Jak oni mają z panem pogadankę, to małych wyrzucają na podwórko — powiadają, że mali nic nie rozumieją, kręcą się i przeszkadzają.

Ale jak panna Ela opowiada małym bajki, to wszystkie stare draby przychodzą słuchać...

Więc na ulicy jest też to samo i jeszcze gorzej, bo tam nie ma komu nas bronić. A oni mówią sobie tak: „Na co takiemu miglancowi pieniądze potrzebne?” I zazdroszczą, że my więcej zarabiamy. A jak np. taki Antoś sam jeden cały dom karmi? Ojciec chory, matka bez pracy i dwoje zupełnie małych szkrabów. Pięć gęb na niego jednego — no?!