Albo z Rusinami czy Żydami... Gdyby gazety tak szły, żeby dla wszystkich było dość miejsca, to coby to komu szkodziło, że jakiś Moniek, czy Fed‘ko też z nimi po mieście lata? Ale jak jest tak trudno się wyżywić, to zaraz przychodzi ta złość, że niby skąd oni i jakie ich prawo? Nie może to taki „Iwan” na wsi siedzieć i krowy paść, a gnój rozrzucać? Albo taki „Icek” cebulami na Krakowskim handlować? To nie! Musi się im we łbach przewrócić i kariery zachciewać i taki „chłop z seła6” albo parszywy Żydziak pcha się dzisiaj „Wiek Nowy” i „Expres” sprzedawać! Tak ma się rozumieć mówią Polacy. Bo Rusini to powiadają, „że tych Lachów przydałoby się dobrze nauczyć” i że jak jeden Lach u nich we wsi tak się rozpychał, to go het spalili — zboże, chałupę — wszystko. A Żydzi znowu powiadają, że oni są zawsze i we wszystkim pokrzywdzeni i że nawet w świetlicy, gdzie niby to ma być równość i sprawiedliwość, oni dostają najmniej osłodzoną herbatę, najgorsze gry i nieciekawe książki...

Bo ta złość i gniew i gorycz, która jest w chłopcach w ciągu całego dnia, nie może się przecież tak zaraz rozproszyć na progu świetlicy. A zresztą może by się rozproszyła, gdyż każdy człowiek pragnie zaznać trochę spokoju, serdeczności i pogody, gdyby nie to... gdyby nie to... że w świetlicy jest tak ciasno.

W niewielkim pokoju tłoczy się przy stołach czterdziestu, a czasem i pięćdziesięciu chłopców. Toteż nie ma mowy o tym, by wszyscy jednocześnie mogli zasiąść przy stole i wypić herbatę, zorganizować jakąś wspólną zabawę lub otrzymać gry towarzyskie czy książki. Zawsze i o wszystko trzeba się pchać i wszystkiego domagać, a „frajer”, który nie umie energicznie puszczać w ruch łokci, nie dostanie niczego albo dostanie to, czego już inni nie chcieli. A przy tym, jeśliś jest rozdrażniony i bardzo zmęczony, i ciągle musisz przepychać się w tłumie, to mimo woli szturchniesz mocniej tego i owego łokciem. Ale tamci są wszakże tak samo jak i ty zmęczeni i rozdrażnieni, więc na pewno nie pozostaną ci dłużni i — bójka gotowa.

Panna Joasia „dziwiła się”, pan Piotr rozdzielał doraźne nauczki, ale pan Stach — rozumiał.

Pan Stach mówił tak:

— Widzicie chłopcy, ja przecież wiem, że to jest bardzo trudno, żeby między wami była zgoda. Jakżeż może między wami być zgoda, jeśli między o wiele od was mądrzejszymi i starszymi ludźmi jej nie ma? Bo wszakże oni, tak samo jak i wy, kłócą się ze sobą o róg, na którym mogliby sprzedawać swoje gazety i o prawa do tego rogu, i o warsztaty, i o miejsca w szkole i uniwersytecie, o wszystko. I nie rozumieją, że nie w tym jest przecież rzecz, żeby komuś odebrać chleb, ziemię czy naukę, ale żeby było dla wszystkich dość miejsca, pracy i światła w Ojczyźnie. Jednakże, moi chłopcy, to, co jest trudne, nie jest jeszcze niemożliwe. I to, że coś jest trudne, nie powinno was jeszcze zniechęcać. Kiedy opowiadałem wam o podróżnikach do bieguna albo o wielkich uczonych, którzy musieli zwalczać, nieraz z narażeniem swego życia, tysiące przeszkód, to nie tylko, że nie żałowaliście ich, ale mówiliście, że chcielibyście żyć tak jak oni. Bo przecież człowiek, prawdziwy, dzielny człowiek, nie chce mieć wcale łatwego życia: prawdziwy człowiek chce mieć piękne życie. A piękne życie, to jest takie, w którym się coś nowego zdobywa lub tworzy. Nie tylko dla siebie, ale także dla innych. Więc spróbujcie stworzyć sobie takie życie, żeby wam wszystkim było w nim jak najlepiej, jak najprzestronniej i jak najciekawiej. Ale tu nie wystarczy powiedzieć sobie tylko „koleżeństwo”, „zgoda”, „braterstwo”, „miłość”. Tu trzeba to życie tak urządzić, żeby koleżeństwo, zgoda, miłość i braterstwo były w nim możliwe. Więc zacznijcie na razie od świetlicy. Postarajcie się, żeby zapanował w niej taki porządek, by podział wszystkiego, co możecie w niej otrzymać, zależny był nie od siły, sprytu lub przypadku, by nikt w niej nie był krzywdzony. Urządźcie ją tak, żeby, mimo iż jest ciasna, można w niej było swobodnie bawić się, czytać i uczyć. Ja wiem, że to trudno. Ale w życiu jest też ciasno i trudno. Ja wiem, że trzeba się dla was starać o większą i ładniejszą świetlicę, ale jeśli nie można jej natychmiast zdobyć, to trzeba, żebyście nie nad tym myśleli, kogo można z ciasnego domu wyrzucić, ale nad tym, jak można w nim wszystkich najlepiej pomieścić. A gdy już to osiągniecie, to może pomyślicie także nad tym, jak zorganizować lepiej i mądrzej wasze życie poza świetlicą.

Tak mówił pan Stach, a chłopcy słuchali go uważnie. Niektórzy dlatego, że rozumieli, niektórzy dlatego, że pan Stach był ukochanym opiekunem świetlicy, który opowiadał chłopcom zachwycające historie o dalekich lądach i morzach, dziwnych zwierzętach, awanturniczych podróżach, nieznanych odkryciach, niebie i gwiazdach. Niektórzy zaś dlatego, że przyrzekł im tego właśnie dnia zabrać ich oglądać gwiazdy na Wysoki Zamek 7.

— Ach! Mój Boże! — powiedziała panna Joasia. — Że też pan się nie obawia iść na wycieczkę z taką bandą! Przecież oni na pewno pobiją się z dziesięć razy po drodze!

Ale pan Stach potrząsnął głową i uśmiechnął się trochę smutnie.

— Myli się pani, panno Joasiu — powiedział — ludzie nie kłócą się nigdy wtedy, kiedy patrzą razem w gwiazdy. Wtedy — nie.