Opiekunowie, pan Piotr i pan Piotruś
Opiekunów w świetlicy było siedmiu. I każdego lubiło się albo nie lubiło inaczej. Oni sami nie zdawali sobie z tego sprawy.
Panna Joasia np. sądziła, że chłopcy jej nie lubią i nie szanują, że ją okłamują i „robią jej na złość”. A chłopcy właśnie bardzo lubili pannę Joasię. Jeżeli zaś droczyli się z nią czasem lub opowiadali jej o sobie najdziksze i najnieprawdopodobniejsze historie, to przecież tylko dlatego, że panna Joasia — tak bardzo i tak szczerze się tym martwiła...
Chłopcy nie byli przyzwyczajeni do tego, żeby się ktoś nimi zajmował i przejmował.
„Złam kark!” — „Dość mam pysków do wyżywienia!” — „Nic ci nie będzie — co ma wisieć, nie utonie!” — oto były słowa, które dotychczas słyszeli.
A tu naraz przychodzi ktoś i — martwi się.
Martwi się, że się bijesz, że kaszlesz, że oszukujesz, że ci się palec obiera, że mówisz brzydkie wyrazy, że nie chcesz iść do łaźni, żeś otrzymał złą ocenę, że twoja matka jest chora, że nie masz butów albo książek.
Więc chłopcy po prostu nie mogą się nasycić tym zupełnie dla nich nowym objawem.
Przesadzają, a czasem nawet wymyślają dolegliwości, na które się skarżą, każą się prosić dłuższy czas, zanim zdecydują się umyć ręce lub zgodzą się łaskawie wziąć kartkę do łaźni czy do lekarza, opowiadają niestworzone historie o swoich przygodach lub wyczynach — przyjemnie jest, jeżeli się ktoś o nas martwi...
Za to z panną Elą to jest zupełnie inaczej, choć panna Ela sądzi, że nikt tak jak ona nie potrafi „trzymać chłopców w karbach, a mimo to żyć z nimi w przyjaźni”.